To był dzień, którego lekarze długo nie zapomną. Oblodzone chodniki i ulice zamieniły Włocławek w pułapkę, a na SOR trafiały dziesiątki połamanych i potłuczonych mieszkańców. Padł absolutny rekord.

::addons{„type”:”only-with-us”,”color”:”white”}

Poniedziałek, 26 stycznia, od rana do wieczora był we Włocławku prawdziwą walką o utrzymanie się na nogach. Gołoledź sparaliżowała miasto, a jej dramatyczne skutki najdobitniej było widać w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym.

Na Szpitalny Oddział Ratunkowy trafiło tego dnia blisko 160 osób z urazami po upadkach.

Takiego naporu pacjentów lekarze nie pamiętają.

– W ciągu trzech godzin mieliśmy ponad sześćdziesięciu pacjentów z urazami, głównie kończyn dolnych i górnych i stłuczeniami w obrębie kończyny górnej, barku i głowy

– mówi zastępca dyrektora ds. lecznictwa WSS we Włocławku, dr Jakub Wojtaczka.

Fala złamań, zwichnięć i urazów głowy

Od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora na SOR zgłaszali się mieszkańcy, którzy poślizgnęli się na chodnikach, czy parkingach.

Dominowały złamania rąk i nóg, urazy nadgarstków, kostek, bolesne zwichnięcia oraz rozległe stłuczenia.

– Większość osób po wstępnej diagnostyce została zaopatrzona przez ortopedów i skierowana do poradni, do późniejszego do zdjęcia gipsu i do kontroli. Około dwudziestu osób zostało hospitalizowanych w oddziale ortopedii – wyjaśnia lekarz.

Skala zdarzeń była tak duża, że szpital musiał sięgnąć po dodatkowe wsparcie kadrowe.

– Dodatkowo było trzech ortopedów, którzy przyjechali z domu i po godzinie szesnastej udzielali świadczeń z zakresu ortopedii. To były stłuczenia, złamania, zwichnięcia, tego typu urazy – relacjonuje dr Wojtaczka.

Rekord, którego nikt nie chciał pobić

Poniedziałek zapisał się w historii włocławskiego SOR-u jako dzień absolutnie bezprecedensowy.

– Padł absolutny rekord. Nigdy nie mieliśmy w ciągu trzech godzin sześćdziesięciu pacjentów – podkreśla zastępca dyrektora.

I nie chodziło wyłącznie o złamane ręce czy nogi. Do szpitala trafiały też osoby w cięższym stanie, przywożone przez zespoły ratownictwa medycznego.

Na pytanie, czy były przypadki nieprzytomnych pacjentów po upadkach, lekarz odpowiada jednoznacznie: – Tak. Były też takie przypadki. Też byli pacjenci neurochirurgiczni. 

To oznacza, że część upadków zakończyła się poważnymi urazami głowy i obrażeniami neurologicznymi, wymagającymi specjalistycznej pomocy.

Poniedziałkowa ślizgawica pokazała brutalnie, jak groźna potrafi być zimowa aura. Zwykły krok na oblodzonym chodniku w jednej chwili zamieniał się w dramat, który kończył się gipsem, operacją albo pobytem w szpitalnym łóżku.