Kijów twierdził, że uderzył w okręt pociskiem przeciwokrętowym Neptune, ale Rosja przedstawiła inną wersję wydarzeń dotyczących tego, co było prawdopodobnie jej największym wstydem podczas inwazji i jednym z największych zwycięstw ukraińskiej armii.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony zawsze twierdziło, że „Moskwa” zatonęła po wybuchu pożaru, który spowodował eksplozję amunicji na pokładzie. Rosyjskie wojsko przekonywało wówczas, że załoga okrętu została ewakuowana, choć później przyznało, że część osób zaginęła.

Według sądu został on skazany zaocznie na dożywocie.

Irina Żirnowa, rzeczniczka Drugiego Wojskowego Sądu Okręgowego Zachodu, który miał wydać obecnie usunięte oświadczenie, powiedziała CNN, że nie ma żadnego komentarza. Rosyjskie wojsko również nie odpowiedziało na prośbę o komentarz.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Mediazona wcześniej obszernie informowała o okolicznościach zatonięcia Moskwy, publikując zeznania rodzin zmarłych marynarzy — śmierci, której rosyjskie wojsko nigdy oficjalnie nie potwierdziło.

„Rosji trudno jest zaprzeczyć faktowi zatonięcia”

„13 kwietnia 2022 r. dwa pociski uderzyły w krążownik rakietowy Moskwa, powodując pożar i dym, który wypełnił wnętrze statku” — podał sąd w oświadczeniu.

„W wyniku eksplozji, pożaru i zadymienia zginęło 20 członków załogi, 24 odniosło obrażenia różnego stopnia, a ośmiu uznano za zaginionych, w tym podczas trwającej ponad sześć godzin akcji ratowniczej” — podano w oświadczeniu, jak donosi Mediazona, dodając, że statek „nie brał udziału” w rosyjskiej operacji w Ukrainie.

Poproszony o komentarz przez CNN, Dmytro Płetenczuk, rzecznik ukraińskich sił morskich, powiedział, że Rosji trudno jest zaprzeczyć faktom dotyczącym zatonięcia statku, zwłaszcza że zgłosiły się rodziny członków załogi statku pływającego pod banderą Moskwy.

Putin na celowniku. Tomahawki mogą wrócić do gry

Tymczasem dyplomacja utknęła w martwym punkcie, a wojna w Ukrainie wciąż trwa. W Waszyngtonie coraz głośniej słychać głos Dana Rice’a — człowieka, który wcześniej „przepychał” rakiety HIMARS i ATACMS-y, a dziś stawia na jeszcze cięższy kaliber. Jego teza jest brutalnie prosta: bez realnej presji militarnej Putin nie usiądzie do stołu. Dlatego wraca pomysł, który jeszcze niedawno wydawał się politycznym tabu — przekazanie Ukrainie pocisków Tomahawk. Zdaniem Rice’a to nie eskalacja, lecz dźwignia, która ma przełamać impas i zmienić kalkulację Kremla. Bo — jak pada wprost — „niepewność jest bronią”, a Putin rozumie tylko jeden język.

Kampania nacisku, której celem jest zmiana biegu wojny w Ukrainie, powraca. Jest cichsza niż wcześniej, ale zarazem śmielsza niż kiedykolwiek.

Gdy rosyjskie rakiety wciąż spadają na ukraińskie miasta, a Kreml nie wykazuje realnej chęci do ustępstw, niewielka, lecz coraz głośniejsza grupa zwolenników Ukrainy w Waszyngtonie przekonuje, że jedynym sposobem zmuszenia Władimira Putina do negocjacji jest radykalne wzmocnienie pozycji Kijowa.

Ich najnowszy pomysł — od dawna dyskutowany, ale dotąd nieurzeczywistniony — jest prosty: przekazać Ukrainie pociski manewrujące Tomahawk.

W centrum tej inicjatywy stoi Dan Rice, były specjalny doradca Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy. W tym tygodniu Rice spotkał się w cztery oczy z sekretarzem obrony Pete’em Hegsethem. Jak sam mówił, była to szeroka rozmowa zarówno o przebiegu wojny, jak i o jego osobistych doświadczeniach z frontu.