11 grudnia 2025 r. minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński razem ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Ihorem Kłymenko podpisał umowę o „współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw”. Było to pokłosie wcześniejszych wydarzeń, gdy pod Lublinem dwóch ukraińskich dywersantów próbowało wykoleić pociąg.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Okazało się bowiem, że jeden ze sprawców dopuszczał się już wcześniej dywersji w Ukrainie i został skazany na 15 lat więzienia. Informacja ta jednak nie została przekazana między służbami Polski i Ukrainy. Nowa umowa miała poprawić wymianę danych.

  • Dlaczego umowa między Polską a Ukrainą nie obowiązuje?
  • Jakie były powody podpisania umowy o współpracy?
  • Jakie zastrzeżenia ma Polska wobec ukraińskich służb?
  • Co miałoby poprawić nowa umowa dla polskiej policji?

„Rz” zauważa, że Ukraina prowadzi specjalną bazę danych swoich obywateli, którzy podejrzewani są o terroryzm oraz sympatyzujących z Rosją, jednak tymi informacjami nie dzieli się z Polską. Z dostępem do tej bazy po zawarciu umowy nadzieję wiążę m.in. polska policja. — Wpłynie to bezpośrednio na skuteczność prowadzonych działań operacyjno-rozpoznawczych wobec osób zaangażowanych w działalność dywersyjną na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, Ukrainy oraz w przestrzeni państw członkowskich Unii Europejskiej — mówi gazecie asp. szt. Aleksandra Laskowska z biura prasowego Komendy Głównej Policji.

Umowa nie działa. Problem z zaufaniem

„Rzeczpospolita” informuje, że umowa, która została ogłoszona w grudniu, nadal nie weszła w życie. Wymaga bowiem ona ratyfikacji przez Sejm, a służby wciąż ustalają szczegóły. Z informacji gazety wynika, że polska strona ma ograniczone zaufanie do Ukrainy i nie chce udostępniać informacji o ukraińskich sabotażystach.

— Jedyną służbą w miarę szczelną przed ruskim handlem danymi jest antykorupcyjna NABU, tylko dlatego, że chronią ją Amerykanie, by rozgrywać nią swoje interesy w Ukrainie — mówi gazecie oficer ABW zajmujący się kontrwywiadem. Przestrzega również, że umowa musi określać zasady wykorzystania danych oraz polskie służby muszą wiedzieć, jakie są źródła przekazywanych danych i ich wiarygodność, aby uniknąć sytuacji fałszywych oskarżeń.

MSWiA zapewnia „Rzeczpospolitą”, że zawarło w umowie „bezpieczniki, które gwarantują, że żadna ze stron nie otrzyma bezwarunkowego dostępu do zasobów sąsiada, co w pełni chroni naszą suwerenność”.