— Można sprawić, że dolar będzie wzrastał lub spadał jak jojo — powiedział we wtorek 27 stycznia Donald Trump. Fakt, że w ostatnich miesiącach amerykańska waluta znacznie straciła na wartości, prezydent USA uważa za „świetny”. W rezultacie kurs dolara spadł w stosunku do euro do najniższego poziomu od prawie pięciu lat. W środę rano euro kosztowało znacznie ponad 1,20 dol.
A to może być dopiero początek spirali spadkowej. Nie tylko postawa Trumpa wpływa na kurs, ale także szereg innych czynników obciążających. Wszystko to powoduje ucieczkę inwestorów i zagranicznych banków centralnych od amerykańskiej waluty.
Istnieje ryzyko, że sytuacja ta osiągnie punkt krytyczny, w którym dojdzie do dramatycznego załamania, mającego katastrofalne skutki dla światowej gospodarki w perspektywie krótkoterminowej i nieprzewidywalne konsekwencje w perspektywie długoterminowej. Dla inwestorów oznacza to jednak również szanse.
Od dawna wiadomo, że Trumpowi odpowiada słabszy dolar, ponieważ zapewnia on amerykańskim eksporterom przewagę na rynku światowym.
— Administracja Trumpa nie ukrywa, że preferuje słabszego dolara amerykańskiego i regularnie podważa zaufanie do tej waluty — mówi Eduard Baitinger, główny inwestor w firmie zarządzającej aktywami FERI. Jednocześnie waluta amerykańska jest znacznie przewartościowana, nawet obecnie. „To sprawia, że jest ona wrażliwa na dalszy spadek zaufania międzynarodowych inwestorów”.
Jednak nie tylko słowa Trumpa odstraszają inwestorów. — Niepewność handlowa i geopolityczna, w połączeniu z coraz mniej wiarygodnym amerykańskim przyjacielem i sojusznikiem, a także rosnące obawy o wiarygodność amerykańskiego banku centralnego po odejściu Jerome’a Powella, również negatywnie wpływają na amerykańskiego dolara — mówi Ipek Ozkardeskaja, analityk w szwajcarskiej grupie bankowej Swissquote.
Prezydent USA mógłby bowiem mianować na stanowisko prezesa banku centralnego następcę Powella, który byłby mu lojalny i radykalnie obniżyłby stopy procentowe, zgodnie z życzeniem Trumpa.
Dodatkowo pobudziłoby to gospodarkę i mogłoby znacznie zwiększyć szanse Trumpa na sukces w listopadowych wyborach uzupełniających. Chociaż prawdopodobnie spowodowałoby to również ponowny wzrost inflacji, to nastąpiłoby to najprawdopodobniej dopiero po wyborach.
Góra długów USA rośnie w zastraszającym tempie
— Do tego dochodzi kwestia kondycji amerykańskich finansów publicznych — mówi Enguerrand Artaz, ekspert zarządzający funduszami w firmie inwestycyjnej LFDE. Zadłużenie kraju wynosi obecnie ponad 120 proc. Produktu Krajowego Brutto (PKB), a deficyt budżetowy ok. sześciu procent PKB.
A sytuacja może stać się jeszcze bardziej dramatyczna po zbliżającym się orzeczeniu Sądu Najwyższego.
— Gdyby Sąd Najwyższy uznał wzajemne cła za nieważne, pozbawiłby jednocześnie Departament Skarbu USA znacznego źródła dochodów — mówi Artaz. „Jednocześnie demagogiczne zapowiedzi Trumpa przed wyborami uzupełniającymi — takie jak zamiar wypłacenia większości Amerykanów 2000 dol. (ponad 7 tys. 48 zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) — mogą doprowadzić do dalszego wzrostu wydatków”. To z kolei podważyłoby wiarygodność kredytową Stanów Zjednoczonych.
Wszystko to sprawia, że międzynarodowi inwestorzy podchodzą obecnie bardzo ostrożnie do inwestycji w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w obligacje skarbowe. Duński i szwedzki fundusz emerytalny ogłosiły ostatnio publicznie, że zamierzają sprzedać swoje amerykańskie papiery wartościowe. Jednakże chodzi tu raczej o niewielką kwotę.
Jednak globalna ankieta przeprowadzona przez firmę MSCI wśród 250 ekspertów z branży zarządzania aktywami na całym świecie wykazała, że zwłaszcza europejscy gracze chcą zdecydowanie wycofać swoje inwestycje ze Stanów Zjednoczonych. Hasło tej akcji brzmi „sell America” („sprzedaj Amerykę”).
Zaufanie do dolara słabnie
Czy oznacza to koniec dolara jako wiodącej waluty? Thomas Gitzel, główny ekonomista VP Bank, tak nie uważa. Jego zdaniem „status dolara jako światowej waluty rezerwowej pozostaje nienaruszony”, ale dodaje: „Niemniej jednak spadki kursu dolara w napiętej sytuacji geopolitycznej wskazują na pierwsze oznaki spadku zaufania„.
Widać to również po tym, że waluta traci nie tylko w stosunku do poszczególnych innych walut, ale na całym świecie. Thu Lan Nguyen, ekspertka do spraw walutowych z Commerzbanku, w swojej analizie dostrzega przede wszystkim ryzyko, że ten trend spadkowy w pewnym momencie stanie się nie do powstrzymania. „Biorąc pod uwagę nieprzewidywalną politykę obecnych władz USA, istnieje ryzyko, że z punktu widzenia rynku zostanie przekroczona granica, za którą nie ma już powrotu — punkt krytyczny” — pisze.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że rynek ulegnie wówczas niekontrolowanej dewaluacji, a osoby odpowiedzialne będą miały trudności z uspokojeniem sytuacji, nawet jeśli zdecydują się na wycofanie się. „Skutkiem tego byłaby trwała, znaczna dewaluacja waluty amerykańskiej”.
Dla inwestorów zagranicznych oznaczałoby to drastyczną utratę wartości ich inwestycji w dolarach. Eksport do USA przez eksporterów stałby się dla amerykańskich klientów tak drogi, że produkty te byłyby praktycznie nie do sprzedania. Taki spadek wartości dolara doprowadziłby do poważnych zaburzeń gospodarczych, a nawet mógłby wywołać recesję i krach na rynkach finansowych.
W dłuższej perspektywie taki scenariusz mógłby również zasadniczo podważyć globalną pozycję dolara, co z kolei spowodowałoby dramatyczne zmiany w globalnym systemie handlowym i finansowym. Konsekwencje tego byłyby nie do przewidzenia.
Taki scenariusz horroru jest jednak jak dotąd raczej mało prawdopodobny z ważnego powodu, o którym mówi Wei Yao, główna ekonomistka banku inwestycyjnego Societe Generale.
— Nie ma odpowiedniego zamiennika dla dolara i inwestycji dolarowych — twierdzi. Stany Zjednoczone są bowiem zdecydowanie największym rynkiem inwestycyjnym na świecie, a ok. połowa wszystkich inwestycji obywateli spoza USA z całego świata trafia dotychczas na amerykańskie rynki finansowe. Żaden inny rynek nie jest w stanie przyjąć tak gigantycznych kwot.
Ma to jednak jeszcze jedną konsekwencję. — Niewielka dywersyfikacja poza USA może oznaczać duże zyski gdzie indziej — mówi Wei Yao. Jeśli międzynarodowi inwestorzy wycofają choćby ułamek swoich inwestycji z USA i skierują te pieniądze na inny rynek, będzie to tak duża kwota, że każdy inny rynek zostanie dosłownie zalany — i odpowiednio wzrośnie.
W ostatnich miesiącach można było to zaobserwować w przypadku metali szlachetnych. Cena złota podwoiła się w ciągu roku i obecnie wynosi ponad 5300 dol. (ok. 18 tys. 680 zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) za uncję trojańską. Równolegle cena srebra wzrosła ponad trzykrotnie i obecnie wynosi znacznie ponad 100 dol. (ponad 352 zł) za uncję trojańską. W przeliczeniu na euro wzrost ten jest mniejszy, właśnie dlatego, że dolar stracił na wartości. Niemniej jednak zyski są znaczne również dla inwestorów euro.
Alexander Manzyuk/Anadolu Agency via Getty Images / Contributor / Getty Images
Sztabka złota (zdj. ilustracyjne)
Również inne rynki, takie jak rynki wschodzące, mogły w ostatnich miesiącach skorzystać na ruchu „sprzedaj Amerykę”. Natomiast bitcoin i inne kryptowaluty nie odniosły korzyści, a nawet straciły na wartości — co jest oznaką, że nie są one postrzegane przez szeroki rynek jako alternatywa dla walut krajowych.
Inwestorzy najwyraźniej preferują waluty krajów o stosunkowo niskim poziomie zadłużenia, ponieważ postrzegają je jako gwarancję stabilności. Należy do nich na przykład Szwecja, której zadłużenie wynosi ok. 35 proc. PKB. W związku z tym w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy korona szwedzka umocniła się o jedną czwartą w stosunku do dolara, ale również w stosunku do euro wzrost wyniósł ponad osiem proc. Również korona norweska zyskała ok. 17 proc. w stosunku do dolara, ale tylko dwa procent w stosunku do euro, ponieważ euro również należy do walut ucieczkowych w osłabionej formie.
Ostatecznie wiele wskazuje na to, że inwestorzy nadal będą odwracać się od strefy dolara, ale nie doprowadzi to w żadnym wypadku do końca dolara jako światowej waluty rezerwowej. Wręcz przeciwnie, inne rynki — złoto, rynki wschodzące, stabilne waluty — powinny skorzystać na dodatkowym napływie kapitału, a wraz z nimi inwestorzy, którzy stawiają na te rynki. Przynajmniej do czasu, aż Donald Trump ponownie zacznie „bawić się jojo” na rynkach walutowych.