— Dwa tygodnie przed swoim ostatnim występem znów miałem wypadek i chyba po raz kolejny doznałem wstrząśnięcia mózgu. Gdy przyjechałem na mistrzostwa Norwegii, po próbach treningowych wiedziałem, że będzie ciężko. Dzień przed konkursem powiedziałem trenerowi, że to będą moje ostatnie skoki. Nie dostałem się nawet do drugiej serii. To był 2011 r. Spakowałem torby i do dziś nigdy nie oglądałem się za siebie. Nigdy za tym nie tęskniłem — opowiada nam Akseli Kokkonen.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Co Akseli Kokkonen robi teraz w Tajlandii?

Ile oszczędności chciał uzbierać przed trzydziestką?

Dlaczego Akseli Kokkonen zakończył karierę w skokach?

Co Akseli sądzi o rekinach podczas nurkowania?

Zanim jednak podjął taką decyzję, trochę się w jego życiu wydarzyło. Nie tylko sportowo. Po raz pierwszy zakończył karierę w 2006 r. i trafił do Egiptu. Wkrótce wrócił do Finlandii, by odbyć obowiązkową służbę wojskową, a wtedy też i do skoków. W fińskiej kadrze czuł się niechciany i zmienił obywatelstwo na norweskie. Dwa lata czekał na prawo startu pod nową flagą, a w tym czasie pokonywał w lokalnych zawodach norweskie gwiazdy, na co dzień skaczące w Pucharze Świata.

Upadek, który wiele zmienił

Wcześniej kariera Kokkonena zapowiadała się bardzo obiecująco. Po tym, jak w 2002 r. po raz drugi sięgnął z drużyną po złoto mistrzostw świata juniorów, a indywidualnie był piąty, razem z trenerem Penttim Kokkonenem doszli do wniosku, że rozpoczęcie kolejnej zimy w Pucharze Kontynentalnym będzie porażką. Właśnie z tą myślą szkoleniowiec odezwał się do starych znajomych z Austrii, gdzie Akseli spędził letnie miesiące.

— To był dobry czas na zmiany, a Pentti znał trenerów z Innsbrucka i Stams. Trenowali mnie Harald Haim, Werner Schuster, Richard Schallert — wielkie nazwiska, które trafiły później do Pucharu Świata. To był intensywny czas. Wtedy mówiłem też nieźle po niemiecku, dziś niewiele z tego pamiętam — śmieje się.

Wkrótce i on zgodnie z planem trafił na najwyższy poziom rywalizacji. Zimą 2002/03 jeszcze jako 20-latek punktował w dziesięciu konkursach. Już w kolejnym sezonie pięć razy plasował się w czołowej dziesiątce, a w międzyczasie wygrał konkurs Letniego Grand Prix w Predazzo. Został też wicemistrzem Finlandii.

Akseli Kokkonen w 2004 r. w Zakopanem

Akseli Kokkonen w 2004 r. w ZakopanemKarol Maciol / newspix.pl

— Dobrze pamiętam drużynówkę z Lahti, w której w 2004 r. zajęliśmy drugie miejsce. W tamtym czasie fińskie skoki były wielkie, stadion był pełny, a do tego skakaliśmy w moim rodzinnym mieście. Dostałem się do drużyny, choć wciąż byłem bardzo młody — wspomina.

Wszystko układało się po jego myśli aż do serii kłopotów zdrowotnych latem 2004 r. — Pamiętam, że testowałem wtedy w Kuopio nowe narty. Szło nieźle, aż w końcu zdarzył się ten wypadek. Złamałem obojczyk, potrzebna była operacja. Straciłem sporo z okresu przygotowawczego. Zimą nie do końca potrafiłem się odnaleźć, kolejny sezon był jeszcze gorszy. Stwierdziłem, że nie mam tu już czego szukać — opowiada.

Wrócił na służbę wojskową. Tak znów trafił do skoków

I tak w 2006 r. Akseli rzucił skoki po raz pierwszy i przeprowadził się do Egiptu, by spełnić marzenie o zawodowym nurkowaniu. Marzenie, które było z nim właściwie od najmłodszych lat, gdy jeszcze jako dziecko z łatwością nurkował przy dnie basenu. Tuż po skończeniu 18 lat, w 2002 r. spędzał wakacje na Dominikanie, gdzie spróbował nurkowania ze sprzętem. Dwa lata później zrobił pierwszy kurs i od tego czasu już przy każdej możliwej okazji stopniowo podnosił swoje kwalifikacje.

Coraz lepiej odnajdywał się w nowym środowisku, ale wkrótce wezwała go Finlandia. Musiał dokończyć obowiązkową służbę wojskową. Tak z powrotem trafił do skoków.

— To był sprytny plan. Dni w fińskim wojsku były długie, a jako sportowiec dostawałeś wolne popołudnia. Zdrowie znów dopisywało, więc radziłem sobie naprawdę nieźle — mówi.

Akseli Kokkonen

Akseli KokkonenTomasz Markowski / newspix.pl

Do tego stopnia, że jesienią 2007 r. wystartował w sprawdzianie fińskiej kadry przed zawodami w Ruce. — Mieliśmy 12 miejsc, a ja byłem dziesiąty, ale woleli wystawić młodszych zawodników. Poczułem się niechciany — słyszymy.

W tym czasie Akseli mieszkał już w Lillehammer, skąd pochodziła jego dziewczyna. On sam zresztą urodził się w Norwegii i spędził tu pierwsze lata swojego życia. Tak zrodziły się plany dotyczące zmiany obywatelstwa. By jednak do tego doszło, musiał spędzić w kraju nieprzerwanie dwa lata.

Oczekując na zmianę obywatelstwa, znakomicie spisywał się w krajowym cyklu Norges Cup. Na 22 starty, aż 20 razy stawał na podium, w tym 12 razy wygrywał. — Czasem startowali z nami zawodnicy z czołówki. Pamiętam konkurs, w którym zdecydowanie pokonałem Larsa Bystoela, a później on pojechał na PŚ i zajął siódme miejsce. Mentalnie trudno było to znieść, ale starałem się utrzymać motywację — opowiada.

W czerwcu 2009 r. otrzymał obywatelstwo i w Pucharze Kontynentalnym wypracował powiększoną kwotę startową. Został również letnim mistrzem Norwegii. Zimą zanotował cztery starty w PŚ, dwukrotnie zdobył punkty. Częściej skakał w Pucharze Kontynentalnym, gdzie najwyżej był szósty w Wiśle. Potem wyniki miał już słabsze. Poza tym, jego myśli były daleko od śnieżnej Skandynawii. W 2011 r. skończył ze skokami na dobre. — To wszystko powoli zaczęło mnie męczyć. Wiadomo, że gdy coś nie idzie po twojej myśli, to motywacja spada — tłumaczy.

Jedyne czego chciał, to nurkować. Cel: 100 tys. koron

— Miałem 27 lat, żadnej pracy czy wyższego wykształcenia. Jedyne, czego chciałem to nurkować. Wiedziałem jednak, że na start muszę mieć trochę oszczędności. Założyłem, że do czasu ukończenia trzydziestki, chciałbym uzbierać 100 tys. koron, w tamtym czasie było to ok. 12 tys. dol.

Najpierw pomagał tacie w stolarni, później w minimarkecie zatrudnił go kolega ze skoczni, Fredrik Bjerkeengen. Po roku awansował na kierownika. Dojeżdżał do pracy rowerem i prowadził oszczędne życie. Dwa miesiące przed trzydziestką osiągnął swój cel.

Najpierw znalazł pracę w Indonezji jako Divemaster. Mógł nadzorować i prowadzić samodzielne nurkowania, ale nie miał jeszcze uprawnień, by uczyć innych tej sztuki. Później przez chwilę mieszkał Filipinach, jakiś czas na malezyjskiej wyspie Pom Pom, na Malediwach, w Meksyku i Zanzibarze.

Obecnie od trzech lat żyje w Tajlandii, w Ao Nang. — Samo miasteczko jest dość zatłoczone i raczej w nim nie bywam, ale tu, gdzie mieszkamy, jest spokojnie, a krajobraz jest przepiękny. Tuż za moim domem kręcili ostatnią część „Parku Jurajskiego”, a także niektóre sceny z „Szybkich i Wściekłych 9” — opowiada.

— Czasem słyszę, że wykonują wakacyjną pracę, ale to prawdziwa praca fizyczna, która czasem daje się we znaki. Zarobki? Myślę, że nie do końca chodzi o to, ile zarabiasz, ale, ile jesteś w stanie zaoszczędzić. Tutaj życie jest o wiele tańsze. Gdy ktoś mówi, że zarabia 10 tys. euro, pytam, ile jest w stanie z tego zaoszczędzić i właściwie wychodzi na to samo. Mam swój cel oszczędnościowy, opłacam składki i ubezpieczenia, a na koniec mogę sobie pozwolić na całkiem fajne wakacje, więc chyba wychodzi nieźle — słyszymy.

Dziś Akseli jest już nie tylko Divemasterem, ale i instruktorem. Niedawno rozpoczął także nowy projekt — Cinematicdepths jako podwodny fotograf i operator. Jak sam reklamuje swoją działalność, chodzi o uchwycenie życia morskiego i przygód na rafach koralowych. Kadry, które można znaleźć w jego mediach społecznościowych, robią duże wrażenie.

— Aż do tego roku pracowałem dla różnych firm, ale trochę mnie to zmęczyło. Stwierdziłem, że po raz kolejny zaryzykuję i w pełni skupiłem się na nauce filmowania. Robię to co prawda od dziesięciu lat, ale chciałem być jeszcze lepszy. Zna mnie tu wiele osób, więc co jakiś czas otrzymuję zlecenia przeprowadzenia różnych kursów. Stałem się freelancerem — mówi.

Największy postrach? „Ryba, której każdy się boi”

Pod wodą dokumentuje m.in. rekiny, choć jak tłumaczy, to wcale nie one budzą największy postrach wśród nurków. — Mógłbym podać mnóstwo faktów o rekinach, bo współpracujemy z organizacją Shark Guardian. Aż 97 proc. z nich jest nieszkodliwych dla ludzi. Zobacz, ile osób ginie przez ataki rekinów, podczas gdy pływają z nimi miliony — tłumaczy.

— Jest za to inna ryba, której każdy się boi — rogatnica zielonkawa. Ta, która mnie zaatakowała, miała jakieś 40 cm. Ugryzła mnie, przebiła żyły. Musiałem mocno ją uderzyć. Jest też wiele jadowitych stworzeń, ale to nie ryby. Ośmiornica błękitna może zabić 27 osób jednym ukąszeniem, ale przede wszystkim pilnuje swojego nosa. Tak samo z wężami morskimi. Możesz podpłynąć bardzo blisko, a one nic nie zrobią. Z drugiej strony widzę, jak ludzie stają na płaszczkach czy skorpenach. To bardzo bolesne. Kluczowa zasada brzmi: nie dotykaj, a będziesz bezpieczny — mówi.

Nie zawsze się jednak sprawdza, bo sam Akseli wspomina, że trafił do szpitala po tym, jak wokół jego ramienia owinęła się meduza. — Nie mogłem jej zdjąć. To była dość poważna sprawa, ale leki pomogły. Inna sprawa to to, że nie raz nurkowałem chory albo z różnymi ranami. Nie było to zbyt mądre, ale gdy robisz to zawodowo, nie ma innego wyjścia. Później skaleczenia robiły się dość paskudne, wdawały się infekcje, ale na ogół nie było to nic poważnego — słyszymy.

Dziś ma na swoim koncie ponad 4 tys. nurkowań. — Im częściej to robisz, tym staje się łatwiejsze. My nurkowie lubimy mówić o stawaniu się jednością z wodą. Będąc pod wodą, nie czujesz różnicy — taki jest cel — tłumaczy.

Doskonale wie, jak pracować z ludźmi, wyczuwa, gdy u kursanta pojawia się zbyt dużo stresu. Chce, by inni widzieli w nim takiego instruktora, jakiego on sam poznał ponad 20 lat temu. Przy okazji szkoli też kolegów ze skoczni. Kurs odbył u niego Manuel Fettner, który odwiedził go razem ze swoją partnerką Lisą Eder. Z odwiedzinami przybywali też jego rodacy.

— To co zostało mi po skokach, to na pewno wielu przyjaciół. Myślę, że sport nauczył mnie też dyscypliny, dał mi dobre narzędzia do używania w późniejszym życiu — kończy.