Na mapie wygląda niepozornie. Kilka cyfr, kilka kresek, środek ogromnej niebieskiej pustki. W rzeczywistości Punkt Nemo jest symbolem absolutnej izolacji. Dla żeglarzy to moment próby, w którym naprawdę czują, że są zdani wyłącznie na siebie – bez zaplecza, bez wsparcia i bez marginesu na błąd.

Zobacz wideo „Gdzie jest Nemo?” miało jasny przekaz, ale paradoksalnie doprowadziło do częściowego wyginięcia błazenków [Popkultura]

Punkt Nemo, czyli oceaniczna pustka świata. Bliżej do niego z orbity niż lądu

Punkt Nemo nazywany jest oceanicznym biegunem niedostępności. Leży na Oceanie Spokojnym i jest najbardziej odizolowanym miejscem na Ziemi. Od najbliższych skrawków stałego lądu dzieli go aż 2688 kilometrów. Są to wyspy Pitcairn, Wyspa Wielkanocna oraz Wyspa Maher w pobliżu Ziemi Marii Byrd w Antarktyce. Każda z nich to niewielki ślad na mapie, pozbawiony stałych mieszkańców i infrastruktury. Trudno więc o bardziej samotny fragment planety. Nazwa nie jest przypadkowa. Pochodzi od łacińskiego słowa nemo, czyli „nikt”. Nawiązuje także do Kapitana Nemo z powieści Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Bohatera, który świadomie odciął się od świata ludzi i wybrał życie w izolacji. Dokładnie taki charakter ma to miejsce – bardziej symboliczne niż rzeczywiste, znane głównie z map i opowieści. Zostało wyznaczone dopiero w 1992 roku dzięki obliczeniom chorwackiego inżyniera Hrvoja Lukateli, który wykorzystał modele matematyczne do znalezienia punktu najbardziej oddalonego od lądów. Paradoksalnie, najbliższymi ludźmi są tam astronauci. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna krąży około 400 kilometrów nad powierzchnią Ziemi i znajduje się bliżej Punktu Nemo niż jakakolwiek osoba stojąca na stałym lądzie. To porównanie najlepiej oddaje skalę odosobnienia tego terenu. Obszar ten leży poza głównymi szlakami morskimi i lotniczymi. Jest symbolem absolutnej pustki – geograficznej, biologicznej i cywilizacyjnej.

Co to jest Punkt Nemo? Kosmiczne cmentarzysko i największy postrach żeglarzy

Skrajna izolacja sprawiła, że Punkt Nemo zyskał zupełnie nieoczywistą rolę. To tam trafiają zużyte satelity i fragmenty stacji orbitalnych. W ten sposób działa między innymi NASA, ale także Europejska Agencja Kosmiczna. Obiekty podczas wejścia w atmosferę w dużej mierze spalają się, a ich pozostałości wpadają do oceanu daleko od ludzi i głównych szlaków morskich. Dzięki temu ryzyko wypadków jest minimalne, a wpływ na środowisko bardzo ograniczony – zwłaszcza że okolice Punktu Nemo uchodzą za niemal biologiczną pustynię.

Zobacz też: Ma 3,5 km wysokości i widać go z kosmosu. Wyznaczono nagrodę, by w końcu poznać jego twórcę

Dla żeglarzy Punkt Nemo to jeden z najbardziej niebezpiecznych obszarów. To miejsce, od którego najbliższy ląd jest oddalony o tysiące kilometrów, co wyklucza szybką pomoc. W razie poważnej awarii ratunek może nadejść dopiero po kilkunastu dniach. Przekonał się o tym znany francuski żeglarz regatowy i oceaniczny Paul Meilhat. W 2016 roku, w pobliżu bieguna niedostępności, w jego jachcie doszło do awarii. Choć był wtedy trzeci w regatach Vendée Globe, musiał przerwać rywalizację i przez osiem dni kierować się w stronę Polinezji Francuskiej. Nic dziwnego, że każdy skipper marzy tylko o jednym – minąć to miejsce bez problemów i obrać kurs na Przylądek Horn.

Źródło: Space 24, vendeeglobe.org, Radio Zet