I tak we wrześniu ub.r. Kanada podpisała porozumienie o wolnym handlu z Indonezją, które znosi lub obniża cła na eksport produktów rolnych, w listopadzie uzgodniła umowę inwestycyjną ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, a w styczniu br. podpisała umowę z Chinami, na mocy której Pekin obniżył stawki celne na kanadyjskie produkty rolne, a Ottawa dopuściła na swój rynek chińskie samochody elektryczne. W ostatnich dniach Kanada podpisała natomiast umowę z Koreą Południową, która ma wpuścić tamtejszych producentów aut elektrycznych na kanadyjski rynek. W marcu Carneya czeka jeszcze podróż do Indii, gdzie również ma podpisać szereg umów gospodarczych.
Umowa z Chinami — choć jej zakres jest dość ograniczony — jest najważniejsza z dwóch powodów. Po pierwsze, jest dowodem ocieplenia relacji Kanady z Pekinem, które w ostatnich latach były niemal wyłącznie funkcją relacji amerykańsko-chińskich i dlatego pozostawały niezwykle napięte. Po drugie, w czasie styczniowej wizyty w Chinach Carney mówił, że Ottawa i Pekin „budują nowe partnerstwo strategiczne”, co było mocnym stwierdzeniem, biorąc pod uwagę, jak mocno Kanada jest związana z USA.
Ale to nie znaczy, że Kanada może robić na arenie międzynarodowej wszystko, czego zapragnie. I Carney zdaje się mieć tego świadomość.
Od kiedy Donald Trump po raz drugi został prezydentem, regularnie groził Kanadzie. Twierdził, że powinna być 51. stanem, a premierzy Justin Trudeau (do marca ub.r.), a potem Mark Carney powinni być jego gubernatorami. Wielokrotnie publikował w swoich mediach społecznościowych mapy, na których Kanada była przykryta amerykańską flagą. Przede wszystkim jednak nakładał wysokie cła na niektóre produkty z Kanady, a ostatnio groził nałożeniem całkowicie zaporowych barier celnych.
To dlatego rząd Kanady zdecydował, że musi dywersyfikować swoje zagraniczne partnerstwa i podpisuje wyżej wspomniane umowy gospodarcze. Uwagę zwraca jednak ostrożność, z jaką Mark Carney mimo wszystko postępuje w stosunku do USA.
Kiedy Trump zagroził Kanadzie 100-proc. cłami, jeśli podpisze umowę handlową z Chinami (nie sprecyzował, jaką umowę ma na myśli), Carney odpowiedział, że nie planuje żadnego tego typu szerokiego porozumienia. Co więcej, stwierdził, że gdyby nawet planował, to wcześniej i tak skonsultowałby się z Waszyngtonem. Podczas przemówienia w Davos kanadyjski premier krytykował USA, ale nie mówił nic o zerwaniu ze swoim najbliższym sojusznikiem. Przyznał, że w świecie hegemonii amerykańskiej Kanada funkcjonuje w warunkach ograniczonej suwerenności, ale mówił, że chce ją odzyskiwać poprzez „zabezpieczanie się na różne okoliczności” (hedging) i dywersyfikowanie swoich partnerstw, a nie całkowite odcinanie się od USA.
GIAN EHRENZELLER / PAP
Premier Kanady Mark Carney na Forum Ekonomicznym w Davos
Tym samym Carney pokazuje, że ma świadomość, że funkcjonowanie w sąsiedztwie wielkiego mocarstwa nakłada na mniejsze kraje — takie jak Kanada — istotne ograniczenia. „Czerwoną linią” USA, której Carney z pewnością nie zamierza przekraczać, byłaby choćby współpraca wojskowa albo wywiadowcza z rywalami Waszyngtonu. Podobnie, gdyby Kanadzie nie podobała się amerykańska polityka do tego stopnia, że chciałaby np. dopuścić Chiny do rozwoju krajowej sieci 5G, infrastruktury AI albo współpracy w zakresie wydobycia lub przetwarzania metali ziem rzadkich, bardzo szybko przekonałaby się, że jej wolność wyboru nie sięga aż tak daleko.
Te obszary Waszyngton uważa bowiem za kluczowe z punktu widzenia własnego bezpieczeństwa. Gdyby któryś z jego sąsiadów nawiązał na tym polu współpracę z Chinami albo Rosją, naruszałoby to najbardziej żywotne interesy bezpieczeństwa Waszyngtonu i niechybnie wywołałoby jego interwencję. Takie przypadki mają miejsce w Ameryce Łacińskiej, dlatego administracja Trumpa chce te wpływy minimalizować. I stąd też odwołanie w najnowszej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA do koncepcji doktryny Monroe z 1823 r. (która stanowiła, że mocarstwa zewnętrzne nie mogą ingerować w sprawy półkuli zachodniej) i „trumpowskie uzupełnienie” tejże doktryny, które stanowi całościowy program usunięcia obcych wpływów z amerykańskiego sąsiedztwa.
CARLOS BARRIA / POOL / AFP / PAP
Od lewej: wiceprezydent J.D. Vance, sekretarz stanu Marco Rubio, sekretarz obrony Pete Hegseth i prezydent USA Donald Trump
Niedopuszczenie mocarstw zewnętrznych do udziału w polityce państw położonych na zachodniej półkuli jest motywem przewodnim amerykańskiej polityki zagranicznej niemal od samego początku istnienia republiki. Zaczęło się w 1823 r. od wspomnianej doktryny Monroe, a po niej następowały kolejne, często różnice się artykulacje interesu USA, które jednakże sprowadzały się do tego, że ostatecznie to Waszyngton jest najważniejszą siłą na zachodniej półkuli, a jego prawem i obowiązkiem jest zwalczać wszystko, co uważa za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa.
Dlatego też pole manewru Kanady i Marka Carneya jest ograniczone. Dopóki rząd kanadyjski zawiera z innymi mocarstwami umowy o charakterze gospodarczo-inwestycyjnym, które nie powodują nagłego zerwania z gospodarką amerykańską, USA nie będą reagować. Co innego, gdyby Kanada zaczęła rozglądać się za dywersyfikacją swoich partnerów w dziedzinie twardego bezpieczeństwa. Wówczas Waszyngton z pewnością zareagowałby natychmiast i bardzo stanowczo.
Mark Carney, co dobrze wróży Kanadzie, zdaje się mieć tę świadomość i podobnych ruchów — przy całym swym krytycznym nastawieniu do Ameryki Trumpa — nie zamierza wykonywać.