Grę wojenną przeprowadziły wspólnie redakcja niemieckiego dziennika „Die Welt” oraz Niemieckie Centrum Gier Wojennych na Uniwersytecie Bundeswehry im. Helmuta Schmidta w Hamburgu. Wzięli w niej udział byli decydenci: natowscy wojskowi, parlamentarzyści i eksperci, a jej scenariusz zakładał, że w październiku 2026 r. Rosja przeprowadza uderzenie na Litwę pod pretekstem przeciwdziałania kryzysowi humanitarnemu w obwodzie królewieckim.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jakie były wyniki niemieckiej symulacji ataku Rosji?

Kto brał udział w grze wojennej?

Jaką rolę odgrywał Bartłomiej Kot w symulacji?

Co mówi litewski kontradmirał o zdolności Litwy do obrony?

Niemcy przeprowadzili symulację rosyjskiego ataku na Litwę. Niepokojące wnioski

Wnioski z przeprowadzonego ćwiczenia, które „Die Welt” zaprezentował w czwartek, nie okazują się optymistyczne dla krajów Zachodu. W rozgrywanym scenariuszu Rosjanie uderzyli na litewskie miasto Mariampol, które znajduje się na tzw. przesmyku suwalskim i stanowi ważny hub transportowy, przez który przechodzi m.in. transport z Białorusi do obwodu królewieckiego.

Ze względu na to, że Rosjanie użyli argumentu o kryzysie humanitarnym, Amerykanie odmówili zastosowania art. 5 NATO (który zobowiązuje inne państwa członkowskie do pomocy zaatakowanemu krajowi). Podobną biernością w symulowanym scenariuszu wykazali się Niemcy i Polacy.

Berlin nie podjął żadnych działań, a niemiecka brygada rozlokowana na Litwie nie ruszyła na pomoc Litwinom, ponieważ rosyjskie drony zaminowały teren wokół jej bazy. Polska natomiast przeprowadziła mobilizację, ale nie wysłała żołnierzy na Litwę.

W ten sposób — jak opisuje niemiecki dziennik — przy użyciu zaledwie 15 tys. żołnierzy Rosjanom w kilka dni udało się osiągnąć dominację nad krajami bałtyckimi.

— Odstraszanie zależy nie tylko od zdolności, ale także od tego, co wróg sądzi o naszej decyzyjności, a podczas gry wojennej moi „rosyjscy koledzy” i ja wiedzieliśmy: Niemcy będą się wahać. I to wystarczyło, aby wygrać — twierdzi cytowany przez „Wall Street Journal” Franz-Stefan Gady, austriacki analityk wojskowy, który w ramach gry wojennej wcielił się w rolę rosyjskiego szefa sztabu generalnego.

Polak brał udział w grze wojennej. Mówi o szczegółach symulacji

W symulacji brał udział również Bartłomiej Kot, dyrektor warszawskiego biura Aspen Institute CE, który odgrywał rolę polskiego premiera. W rozmowie z Onetem opowiada o szczegółach rozgrywki.

— W sytuacji dążenia sojuszników zachodnich do deeskalacji oraz braku aktywnej postawy amerykańskiej w ramach gry wojennej, to w rękach graczy regionalnych pozostawało wzięcie na siebie większej odpowiedzialności do działania. Tylko tak można było obudzić kolegów z Niemiec do działania. Moją intuicją było przekonanie sojuszników niemieckich do tego, że nie mogą brać rosyjskich działań za pewnik i działać na nie wyłącznie reaktywnie. Wahanie w reakcji na naruszenie suwerenności państwa NATO oznaczało upadek podstawy na jakiej stoi Sojusz, czyli solidarności odpowiedzi i odstraszania — stwierdził.

— Grając jako strona polska przyjąłem proaktywną postawę, starając się zachęcić innych do przetestowania gotowości i zgłaszanych żądań strony rosyjskiej, przy wzięciu pod uwagę także ryzyka konfrontacji militarnej. Dopiero pod taką presją po stronie niemieckiej dochodziło do zrozumienia powagi sytuacji — dodał Bartłomiej Kot.

Jak dodaje, „musimy pamiętać, że to drogą faktów dokonanych i gotowości do reakcji niejednokrotnie można zmienić wyczekującą postawę sojuszników”. — Natomiast trwała intuicja do deeskalacji za wszelką cenę obniża nasze zdolności do odstraszania Rosji — podsumowuje.

Litewski wojskowy uspokaja. Wskazuje na rolę NATO

Jednocześnie w rozmowie z „WSJ” litewski kontradmirał Giedrius Premeneckas uspokaja, że w rzeczywistości nawet bez pomocy sojuszników Litwa byłaby w stanie zapobiec „ograniczonemu zagrożeniu” dla Mariampola.

— Utrzymanie Królewca stanowiłoby dla Rosji dylemat, a jeśli Rosja podejmie jakieś działania, NATO musi bardzo jasno powiedzieć, że w takim przypadku straci Kaliningrad — twierdzi w rozmowie z „Wall Street Journal”.

Jak przypomina amerykański dziennik, Litwa dysponuje 17-tys. armią w czasie pokoju, a w ramach natychmiastowej mobilizacji może powołać pod broń niemal 60 tys. osób.