Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Pana przełożeni z Państwowej Straży Pożarnej bez problemu zgodzili się na pana nieobecność na służbie w czasie igrzysk? Zamiast gasić pożary przez najbliższe dwa tygodnie będzie pan komentował rywalizację reprezentantów Polski w Mediolanie.
Zbigniew Bródka, mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim z Soczi: W takich przypadkach muszę brać urlop, ale na szczęście moi przełożeni od 16 lat z dużą przychylnością patrzą na moje aktywności sportowe.
Jak zareagował pan, gdy pierwszy raz usłyszał propozycję komentowania łyżwiarstwa w TVP podczas igrzysk?
Taką propozycję otrzymałem już na początku zeszłego roku i dość szybko ją przyjąłem. Cieszę się, że będę mógł pracować z Piotrem Dębowskim, który 12 lat temu tak dobrze skomentował mój sukces. Już się umówiliśmy, że on ponownie będzie odpowiedzialny za budowanie emocji, a mi pozostanie część ekspercka i wyjaśnienie kibicom taktyki podczas kolejnych wyścigów. To będą moje piąte igrzyska i cieszę się, że znów będę mógł być bardzo blisko najważniejszych wydarzeń.
ZOBACZ WIDEO: Czy wrócimy z Włoch z medalem? Kampania WP.PL #DZIEJESIEWPOLSCE
Na kolejne igrzyska pojedzie pan już jako trener?
Od niespełna dwóch lat uczestniczę w ministerialnych programach dla przyszłych trenerów, a obecnie jestem asystentem trenera kadry juniorów. Na razie trudno powiedzieć, czy to moja droga. Podpatruję doświadczonych trenerów i sprawdzam, czy jestem w stanie odnaleźć się w tej roli. Artur Waś przeszedł podobną drogę do mnie, a dzisiaj jest największym specjalistą od treningu sprinterskiego w Polsce.
Czy jest pan gotowy, by spróbować pracy w roli głównego trenera?
Na tę chwilę nie, ponieważ chciałbym jeszcze przez 8-10 lat pracować w straży pożarnej. Dopiero później będę mógł pomyśleć o podjęciu pracy trenera na pełen etat. Cieszę się jednak, bo mamy bardzo zdolną młodzież, a ja mogę dzielić się swoimi doświadczeniami z czasów kariery.
Do Mediolanu nie pojedzie jednak żaden z pana podopiecznych.
Najbliżej była 19-letnia Zofia Braun, z którą miałem styczność w poprzednim roku, pracując z kadrą juniorów. Zosi przepustkę na igrzyska zabrał głupi błąd przy zmianie torów. Za cztery lata wciąż będzie jednak młoda i powalczy o coś więcej niż sam wyjazd na igrzyska.
Sam mówi pan o tym, że będzie pracował jako strażak przez najbliższe 8-10 lat. Musi pan to robić, by się utrzymać, czy po prostu aż tak bardzo kocha pan pracę strażaka?
Nie wyobrażam sobie, by nie pracować. Bycie strażakiem to moja pasja, która daje mi adrenalinę, której potrzebuję do życia. Skoro po 2014 roku nikomu się nie udało namówić mnie do rezygnacji ze służby, to już raczej się to nie uda. Na akcje przestanę jeździć, gdy nabędę prawa emerytalne.
Nigdy nie miał pan wrażenia, że gdyby nie łączenie sportu z pracą zawodową, mógłby pan osiągnąć w łyżwiarstwie dużo więcej?
Nie byłem typowym zawodnikiem i bardzo lubiłem to, że w moim życiu działo się tak dużo. Mam zresztą wrażenie, że właśnie taki styl życia umożliwił mi osiąganie sukcesów w sporcie. Połączenie tych dwóch pasji, lodu i ognia, to świetny trening psychiki, ponieważ adrenalina na wysokim poziomie i mało czasu na podjęcie decyzji doprowadziły mój metal na wysoki poziom reagowania. Dzięki częstym zmianom otoczenia zawsze byłem wypoczęty psychicznie, a przez ponad 20 lat kariery sportowej nigdy nie brakowało mi motywacji.
Dziś to byłoby raczej niemożliwe, by utrzymać się na najwyższym poziomie bez odpowiedniej regeneracji.
Przez większość kariery sportowej pracowałem w systemie 24 godziny służby na 48 godzin odpoczynku. Dawało mi to wiele możliwości, ponieważ podczas służby zwykle udawało się znaleźć przynajmniej godzinę na trening siłowy. A nawet jeśli nie, to po prostu przesuwaliśmy te zajęcia o kilka godzin lub następny dzień. Z biegiem kariery, gdy rozpoczynał się sezon startowy, byłem oddelegowywany do Centralnej Szkoły PSP w Częstochowie, gdzie pracowałem jako pomocnik oficera dyżurnego szkoły, prowadząc zbiórki i zaprawy dla kadetów.
Zdarzyło się panu startować w zawodach bezpośrednio po powrocie z pracy?
Często było tak, że na weekend Pucharu Świata dojeżdżałem w ostatnim momencie w czwartek, bo wtedy kończyłem służbę. Robiłem trening przedstartowy na lodzie i kolejnego dnia startowałem z najlepszymi na świecie. W poniedziałek rano wracałem do jednostki i zaczynałem kolejną służbę. Proszę mi wierzyć, że zawsze wchodziłem na służbę z uśmiechem. Nie traktowałem tego jako przymus czy smutny obowiązek. Gdybym miał jeszcze raz pokierować swoją karierą, podjąłbym dokładnie takie same decyzje.
Za dwa medale podczas igrzysk w Soczi zarobił pan ponad 150 tysięcy złotych. To skromne nagrody w porównaniu do tych obiecanych za medale w Mediolanie-Cortinie. Czy to nie przesada, że dziś mistrz olimpijski ma szansę zgarnąć nagrody o łącznej wartości 1,6-1,8 mln złotych?
Faktycznie nie da się tego porównać do moich nagród, ale to dobrze, że sportowcy są coraz lepiej wynagradzani. Proszę wziąć pod uwagę, że większość sportów zimowych jest zupełnie niszowych, a dla zawodników to jedyna szansa, by zarobić wielkie pieniądze. Ja dzięki złotemu medalowi mogłem sobie zapewnić stabilną przyszłość, ale wciąż nie stać mnie na to, by po prostu nie pracować. Fajnie, gdyby kolejne pokolenia zawodników po zakończeniu kariery były w bardziej komfortowej sytuacji.
Czy dziś wciąż odczuwa pan finansowe korzyści złotego medalu?
Mam wrażenie, że w pełni wykorzystałem swój sukces. Nagrody finansowe to jedno, ale przez lata mogłem liczyć na wsparcie sponsorów, brałem udział w spotach reklamowych. Zarobione pieniądze mądrze zainwestowałem i dziś żyję z procentów. Krezusem jednak nie jestem. Nie byłem przecież piłkarzem czy siatkarzem.
Wierzy pan, że w Mediolanie-Cortinie znów czekają nas wielkie momenty polskiego łyżwiarstwa? Który z zawodników ma największe szanse, by pójść pana śladami?
Wierzę, że to będą dla nas bardzo udane igrzyska, bo mamy cztery bardzo duże szanse medalowe. Największe daję Władimirowi Semirunijowi, bo na dłuższych dystansach jest większy margines na błąd, a jedna pomyłka nie eliminuje z walki o złoto. Cieszę się, że Damian Żurek będzie miał okazję wystartować na 500 i 1000 metrów, bo dwie szanse medalowe zawsze dają większy spokój. Spore szanse na medal ma także Kaja Ziomek. Pamiętajmy, że to szanse, które nie są równoznaczne z ich wykorzystaniem. Liczę, że polskie łyżwy je wykorzystają i przywiozą co najmniej jeden lub dwa medale.
Zawodnicy pytali pana o rady?
Dla większości kadry będą to już trzecie igrzyska, a takim zawodnikom nie trzeba doradzać. Debiutantów uprzedzałem jednak, że muszą traktować igrzyska jak każdą inną imprezę. Wiem, że to trudne, ale dodatkowe nakręcanie się powoduje tylko dodatkowe problemy.
Rozmawiał Mateusz Puka, WP SportoweFakty