Niezwykle zacięta rywalizacja w fazie grupowej Ligi Mistrzów wkroczyła w ostatni, decydujący etap. Kielczanie w 14. kolejce byli w komfortowej pozycji – mieli wszystko w swoich rękach, nie musieli oglądać się na rywali – aby zająć trzecie miejsce w zestawieniu, musieli po prostu wygrać swój pojedynek z norweskim Kolstad. „Po prostu wygrać” – brzmi banalnie, zdecydowanie trudniej było tego dokonać.
Żółto-biało-niebiescy przed ostatnim spotkaniem byli jednak zdecydowanymi faworytami. Do Norwegii pojechali mając doskonałą serię pięciu zwycięstw z rzędu. Zaliczyli fantastyczny start wiosennej części sezonu – pokonali takie tuzy jak One Veszprem, Fuesche Berlin czy Sporting CP. Kolstad Handball, czyli gospodarze czwartkowego pojedynku, po przerwie zimowej nie wygrali natomiast ani jednego meczu, w całych rozgrywkach zdołali zdobyć zaledwie cztery punkty i okupowali ostatnią lokatę w tabeli.
ZOBACZ WIDEO: Wskazały na Ewę Pajor. Tak gwiazda jest postrzegana przez koleżanki z reprezentacji
Zwycięzcy nigdy nie można jednak wybierać przed pierwszym gwizdkiem – żółto-biało-niebiescy szybko przekonali się, że Norwegowie zrobią wszystko, by swój udział w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów zakończyć z przytupem.
Szczypiorniści Industrii zaczęli bardzo dobrze – błyskawicznie wyszli na prowadzenie 3:1, ale przede wszystkim lepiej wyglądali wizualnie. Wydawało się, że to oni nadają tempo i że już na starcie chcą dyktować swoje warunki. Od początku dobrze między słupkami kieleckiej bramki spisywał się Klemen Ferlin. Kielczanie zaczęli jednak popełniać błędy i zamiast powiększać swoją przewagę, całkowicie ją stracili – najpierw Jeppsson doprowadził do wyrównania po 4, a po chwili Aalberg wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.
Wicemistrzowie Polski zdołali odpowiedzieć, ale kolejne minuty należały do graczy Kolstad. Gdy Sigvaldi Gudjonsson powiększył przewagę swojej drużyny do trzech trafień, przyjezdni znaleźli się w nieciekawej sytuacji. Kielczanie starali się szukać na kole Artsioma Karaleka i gdy to wychodziło, przynosiło dobre efekty. Na przerwę szczypiorniści z województwa świętokrzyskiego zeszli mając stratę jednego gola.
Druga połowa zaczęła się dla gości najlepiej jak mogła – od bramki Arkadiusza Moryty i dawno niewidzianego remisu. To właśnie wokół takiego rezultatu przez dłuższy fragment spotkania toczyła się gra. Żadna z ekip nie była w stanie wypracować większej przewagi i odskoczyć. Udało się to dopiero podopiecznym Tałanta Dujszebajewa w 45. minucie, gdy do bramki rywali trafił Sićko. Rozgrywający bardzo dobre akcje przeplatał kiepskimi zagraniami – w całym meczu zdobył siedem bramek, ale jego skuteczność wyniosła zaledwie 58 procent.
Chociaż to żółto-biało-niebiescy byli na prowadzeniu, musieli się cały czas bardzo pilnować. Rywale naciskali i co rusz zmniejszali straty do jednego trafienia. Starcie było wyrównane do samego końca, na trzynaście sekund przed ostatnią syreną gracze Industrii wygrywali jednym trafieniem, ale to gospodarze mieli piłkę. Nie udało im się jednak zbudować skutecznej akcji, a rzut wolny wykonywany po czasie wybronił nieoceniony w tym starciu Ferlin.
Liga Mistrzów, 14. kolejka:
Kolstad Handball – Industria Kielce 26:27 (14:13)