Joan Laporta jest zdecydowanym zwycięzcą przeprowadzonych w niedzielę wyborów. Zdobył 68,18 proc. głosów, co oznacza, że zagłosowało na niego 32 934 uprawnionych do głosowania socios głosów. Jego kontrkandydat Victor Font uzyskał poparcie na poziomie 29,78 proc. (14 385 głosów).
Reelekcja daje 63-latkowi możliwość kontynuowania misji, którą rozpoczął w 2021 roku. Wtedy przejął klub po Josepie Bartomeu, którego bizantyjski styl zarządzania wpędził Barcelonę w głęboki kryzys sportowy i ekonomiczny. W spadku po poprzedniku Laporta otrzymał miliard euro długu i związane ręce w sprawie Leo Messiego, z którym klub nie mógł przedłużyć kontraktu.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Idealnie trafił w okno. I to dosłownie
„Żyjemy! Wracamy!”
Barca była wtedy chwiejącym się na krawędzi przepaści kolosem na glinianych nogach, tymczasem Laporta zdecydował się na zuchwały skok nad otchłanią. Postawił na ucieczkę do przodu. Rok po przejęciu klubu wyprzedał rodowe srebra i zapożyczył się, a pozyskane w ten rozpaczliwy sposób pieniądze zainwestował w próbę odbudowy sportowej wielkości.
Latem 2022 roku Duma Katalonii wydała na transfery przeszło 150 mln euro. Tylko kluby angielskiej Premier League przeznaczyły na wzmocnienia więcej, co miało swoją wymowę. Lwią część tej kwoty, bo 45 mln euro, Laporta poświęcił na dokonanie niemożliwego i sprowadzenie na Camp Nou Lewandowskiego.
Pozyskanie Polaka było wielkim manifestem. „Żyjemy! Wracamy!” – krzyczał tym ruchem Laporta. Ściągając najlepszego piłkarza świata, a takim statusem cieszył się wtedy „Lewy”, chciał zadośćuczynić za stratę Messiego. I wysłać sygnał, że Barca znów się liczy.
– Byliśmy w trudnej sytuacji i pragnęliśmy zbudować drużynę dającą socios nadzieję i radość. Potrzebowaliśmy także transferu oznaczającego, że wróciliśmy, a więc i piłkarza będącego twarzą naszego projektu – potwierdził prezydent Barcelony na kartach książki Sebastiana Staszewskiego pt. „Lewandowski. Prawdziwy”.
Lewandyzacja Barcelony
Laporta nie mógł wybrać lepiej. Camp Nou to magiczne miejsce, o którym marzy każdy piłkarz, ale bardziej przypominało wtedy Stajnię Augiasza niż Eden. Lewandowski jednak odnalazł się w roli Herkulesa. Szybko stał się naturalnym przywódcą zespołu. Kapitanem bez opaski. Był na tyle silną osobowością, że „lewandyzował” Barcelonę. To klub i drużyna przejmowały jego cechy, a nie odwrotnie.
Nie bez przyczyny w Hiszpanii porównują przyjście „Lewego” do transferu Ronaldinho w 2003 roku. Oczywiście, byli na różnym etapie swoich karier i czym innym cieszyli publiczność, ale podobnie zbawienny wpływ obu na zatopioną w marazmie Barcelonę jest niepodważalny. Obaj pomogli jej wstać z kolan, tchnęli w nią nowe życie i przywrócili kibicom nadzieję na lepsze na jutro.
Na Polaku ciążyła wielka presja, bo pozyskanie Lewandowskiego to najbardziej spektakularny transfer w historii Barcelony. Nigdy wcześniej Duma Katalonii nie sprowadziła Piłkarza Roku FIFA (ani laureata Złotej Piłki), a takim statusem w chwili transferu cieszył się „Lewy”. Podołał tym oczekiwaniom. Okazał się idealnym liderem na okres transformacji.
– Wniósł do Barcelony gen zwyciężania i kulturę pracy fizycznej, której w klubie nie było nawet w erze Guardioli. Polak wszedł w rolę złego policjanta, który gonił innych do pracy. Zawodnicy w końcu to zaakceptowali, ale jednocześnie wciąż patrzyli na niego jak na surowego nauczyciela. A za takimi w szkole się nie przepada – przyznał w „Lewandowskim. Prawdziwym” Toni Juanmarti ze „Sportu”.
Wkład Polaka w odnowienie Barcelony to nie tylko 50 bramek w dwóch mistrzowskich sezonach i łącznie 115 trafień we wszystkich rozgrywkach, Bez pomocy „Lewego” Hansi Flick nie miałby tak udanego wejścia do Barcelony, a to stało się fundamentem sukcesów z ubiegłego sezonu.
No i nie zapominajmy o roli, jaką Lewandowski odegrał w sprowadzeniu Wojciecha Szczęsnego, gdy kontuzji doznał Marc-Andre ter Stegen. A o tym, że „Szczena” był rok temu jednym z bohaterów Barcelony, nie trzeba chyba nikomu przypominać.
Dług wdzięczności
Laporta ma uzasadnioną słabość do Lewandowskiego. Stanowczo Sprzeciwił się Xaviemu, gdy ten chciał się pozbyć Polaka z drużyny. Efekt był taki, że to legenda Dumy Katalonii, a nie „Lewy”, pakowała walizki po sezonie 2023/24. Następcą Xaviego został Hansi Flick. Dla Lewandowskiego to był prezent na Dzień Dziecka.
Joan Laporta i Robert Lewandowski po transferze Polaka do Barcelony / fot. GettyImages
Prezydent Barcelony widział też w Lewandowskim kapitana zespołu. – Nigdy nie mieszam się w decyzję drużyny, ale mam swoje przemyślenia. Moim zdaniem jego doświadczenie oraz sposób, w jaki wychowuje naszą młodzież, sprawiają, że zasłużył na opaskę – mówił Staszewskiemu.
FC Barcelona to „więcej niż klub”, a Lewandowski okazał się dla niej więcej niż piłkarzem. Nie był jej nic winien, a mimo to zaryzykował i w 2022 roku rzucił wszystko (czyt. poukładane życie w Monachium i Bayernie), by wyciągnąć Dumę Katalonii z największego kryzysu od przełomu wieków i przywrócić jej dawny blask.
Prezydent Barcelony zdaje sobie sprawę z zasług Lewandowskiego i długu wdzięczności, jaki ma wobec Polaka. Teraz może go spłacić. W futbolu na tym poziomie nie ma miejsca na sentymenty, ale reelekcja Laporty znacznie zwiększa szanse „Lewego” na przedłużenie kontraktu.
– Pomógł Barcelonie znów stać się wielką. Dlatego dla mnie już jest na poziomie Romario, Eto’o czy Kluiverta. Nie wiem, jakie Lewy ma pragnienia, ale jego wizerunek, relacje z kibicami i strzelone gole sprawiają, że chciałbym, aby ta historia wciąż trwała – przyznał Laporta w „Lewandowskim. Prawdziwym”.
W ostatnich tygodniach wypowiadał się w podobnym stylu. – To gracz z ogromnym talentem i gdy tylko wychodzi na murawę, pokazuje go. W podziękowaniu dałbym mu jeszcze jeden rok kontraktu – mówił w programie Cadena SER „Que t’hi jugues” (więcej TUTAJ).
– Robert Lewandowski przyszedł do klubu w bardzo trudnym momencie. Powinniśmy być mu wdzięczni. Jeśli chce zostać na kolejny rok, w określonej roli, to powinien zostać – stwierdził z kolei w rozmowie z Gerardem Romero z Jijantes FC.
Ponowny wybór Laporty może być zatem równoznaczny z tym, że Lewandowski otrzyma propozycję pozostania na Camp Nou i decyzja będzie należała tylko do niego. Odbędzie się to jednak na nowych zasadach.
Nie odgrywa też już na boisku takiej roli jak w poprzednich sezonach. Zespół ewoluował i uniezależnił się od jego bramek. Lewandowski nie jest już niezbędny drużynie, co musi znaleźć odbicie w wysokości kontraktu.
Przez cztery lata Polak był najlepiej opłacanym piłkarzem Barcelony, ale o pensji zbliżonej do obecnej (26 mln euro za sezon) musi zapomnieć. Musiałby też złożyć podpis pod umową, mając świadomość, że nie będzie pierwszym wyborem trenera. To może być zbyt gorzka pigułka do przełknięcia.
Na Camp Nou widzą w nim przede wszystkim mentora dla młodszych zawodników. Ewentualnie wychowawcę swojego następcy. Taką rolę pełni Szczęsny względem Joana Garcii. Lewandowski też robi to już teraz, ale dorywczo. Pytanie, czy jest już gotowy na taką pracę na pełny etat?
Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty