Występ w Miami był dla Gamrota powrotem do klatki po 168 dniach i pamiętnej porażce z legendarnym Charlesem Oliveirą. Ale nie liczebniki były tego wieczoru najważniejsze. „Gamer” miał dać w oktagonie odpowiedź na kluczowe pytanie: czy wciąż może rozdawać karty w czołówce wagi lekkiej organizacji UFC?

Pozycję byłego mistrza KSW podkopała nie tylko wspomniana przegrana z „The Bronxem”, ale również ta z Danem Hookerem. Pomiędzy tymi pojedynkami Gamrot wygrał co prawda z Ludovitem Kleinem.

Polak przed pojedynkiem z Estebanem Ribovicsem plasował się na 8. miejscu rankingu, zaś Argentyńczyk dopiero aspirował do wywalczenia miejsca w najlepszej „15”.

ZOBACZ TAKŻE: Cały stadion zamarł. Piękny hołd dla Jacka Magiery

Starcie było zapowiadane jako pojedynek świetnego zapaśnika w osobie Gamrota i solidnego stójkowicza, jakim bez wątpienia jest Ribovics. Już od początku Argentyńczyk uruchomił obszerne ciosy i kopnięcia. Gamrot był uważny, starał się odpowiadać tym samym, ale po minucie poszedł do jednej nogi rywala, żeby skutecznie przenieść walkę do parteru.

Na dodatek Polak wylądował w pozycji bocznej. Niedługo później Ribovics oddał plecy, a Polak pracował mocnymi ciosami. Odzyskał również pozycję boczną i nie wypuścił rywala z parteru do końca trwania pierwszej rundy.

Początek rundy drugiej wyglądał niemal identycznie: Argentyńczyk polował na kopnięcia, Gamrot na obalenia. O ile pierwszą próbę Ribovics wybronił, o tyle wobec drugiej był bezradny. „El Gringo” wrócił do stójki na chwilę, ale Polak ponowił atak, przeniósł walkę na ziemię i szukał poddania, ale też ranił rywala krótkimi ciosami. Na minutę przed końcem Polak poszedł po trójkąt rękoma.

Desperackie próby obrony Ribovicsa na nic się zdały. Argentyńczyk poddał walkę na 40 sekund przed końcem drugiej rundy. Tym samym Polak odniósł 26. zwycięstwo w karierze i 9. w organizacji UFC.