Przeglądając zamieszczone w estońskim KRS wyniki BB Trade, czyli właściciela platformy zondacrypto, można odnieść wrażenie dobrze rozwijającego się biznesu. Przynajmniej do 2024 r. Mogło niepokoić, że przychody z prowizji na obrocie kryptowalutami wyniosły 6,1 mln euro, a koszty operacyjne — 17 mln euro. Jednak tzw. inne przychody operacyjne wyniosły w 2024 r. aż 20,5 mln euro. W rezultacie był zysk netto 10,6 mln euro, choć środki pieniężne skurczyły się o 6,5 mln euro do 9,3 mln euro.

Co to za inne przychody — 20,5 mln euro? Prezes Przemysław Kral, obecnie ukrywający się w Izraelu przed wymiarem sprawiedliwości, w rozmowie z Business Insiderem w sierpniu ub.r. przyznał, że to przychód z tokenu ZND, który spółka wyemitowała i miała na nim duże zyski. Jak to na kryptowalutach — zyski z powietrza.

Dzięki temu firma nie była na minusie, lecz na solidnym plusie. Kapitał własny urósł wtedy z 30 do 40 mln euro. Zobowiązań, głównie względem deponentów, było na 731 mln euro.

Wiarygodności spółce dodawał rozmach reklamowy. Skorzystało kilkanaście polskich klubów. Zonda była sponsorem Rakowa Częstochowa, Pogoni Szczecin, Wieczystej Kraków, GKS Katowice, a także klubów włoskiej Serie A: Juventusu, Atalanty, Parmy i Bolonii. Nazwę zondacrypto widać było też podczas Tour de Pologne, Giro d’Italia, na meczach piłkarskich i koszykówki AS Monaco. Zonda sponsorowała też PKOl.

Czytaj także w BUSINESS INSIDER

Cinkciarz (2024), zonda — dwa bratanki

Afera zondy i afera Cinkciarza są do siebie łudząco podobne, choć prezes Kral się od podobieństw do Cinkciarza w rozmowie z Business Insiderem odżegnywał. Wskazywał, że Cinkciarz miał inny profil biznesu, foreksowy, a tu to kryptowaluty, czyli inna branża. Jak widać skończyło się prawie tak samo.

Cinkciarz też do momentu upadku nie wykazywał strat, a jego rozmach marketingowy imponował. Wstawki reklamowe można wciąż zobaczyć w hitach kinowych z serii Matrix, John Wick i Creed. Reklamy Conotoxii i Cinkciarza były widoczne podczas hitowych spotkań NBA, a firma miała umowę sponsorską z Chicago Bulls.

Zarówno zonda, jak i Cinkciarz wraz z firmą zależną Conotoxia próbowały prowadzić działalność na skalę światową. Jednym z celów było stworzenie karty wielowalutowej, które dałyby firmom regularne dochody, robiąc zarazem konkurencję dla banków. Obie firmy upadły z powodu utraty płynności przy stratach na działalności operacyjnej. Droga do odzyskania części pieniędzy przez klientów Cinkciarza jest długa i prawdopodobnie tak samo będzie w przypadku zondy.

To nie były zresztą pierwsze przypadki w polskiej historii gospodarki rynkowej, kiedy ludzie zbyt łatwo obdarzali zaufaniem podobne podmioty, które, czy to z góry zamierzały zrobić przekręt, czy po prostu im nie wyszło i zabrakło płynności na osiągnięcie celu. Zaczęło się od Lecha Grobelnego.

Bezpieczna Kasa Oszczędności Lecha Grobelnego (1990)

To była pierwsza duża afera finansowa III RP, w której poszkodowani byli bezpośrednio zwykli ludzie. Nie liczymy tu afery FOZZ, która dotyczyła finansów państwa oraz afery Art-B, czyli Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, którzy wykorzystali słabość techniczną systemu bankowego i brali za te same pieniądza odsetki jednocześnie w wielu bankach (oscylator).

BKO Lecha Grobelnego powstała jesienią 1989 r., w realiach hiperinflacji i rodzącej się gospodarki rynkowej. Grobelny — właściciel sieci kantorów wymiany walut Dorchem — zaoferował lokaty z oprocentowaniem sięgającym 250-300 proc. rocznie, tłumacząc, że na spłatę odsetek zarobi na obrocie dolarami. W istocie był to klasyczny mechanizm piramidy finansowej.

Z oferty skorzystało około 11 tys. osób, powierzając BKO nawet oszczędności całego życia. Łączna kwota zdeponowanych środków była szacowana na 25-32 mld starych złotych, czyli obecne 2,5-3,2 mln zł. Wówczas była to głośna afera, ale patrząc na kwoty przy dzisiejszych standardach, to raczej „mikroafera”.

Afera opcji walutowych (2009)

Afera opcji walutowych wybuchła w Polsce w czasie światowego kryzysu finansowego 2008-2009 i dotknęła przede wszystkim przedsiębiorców — głównie eksporterów. W latach silnego złotego banki masowo sprzedawały firmom skomplikowane, tzw. zerokosztowe strategie opcyjne, reklamowane jako zabezpieczenie przed ryzykiem kursowym. W rzeczywistości wiele z tych kontraktów miało charakter asymetryczny i przerzucało niemal całe ryzyko na klientów.

Gdy jesienią 2008 r. złoty gwałtownie się osłabił, opcje zaczęły generować ogromne zobowiązania wobec banków. Według danych KNF, negatywna wycena samych opcji walutowych sięgała ok. 9 mld zł, a łącznie z innymi instrumentami pochodnymi nawet 16 mld zł. W aferze poszkodowanych było kilka tysięcy firm — szacunki mówią najczęściej o 1,5-2 tys. przedsiębiorstw, w tym wielu spółkach giełdowych i kluczowych podmiotach przemysłowych.

Część firm stanęła na skraju bankructwa, a niektóre — jak Krośnieńskie Huty Szkła — upadły.

Afera Amber Gold (2012)

Afera Amber Gold była największą piramidą finansową w historii III RP. Spółka Amber Gold działała w latach 2009–2012, oferując klientom „bezpieczne” inwestycje w złoto i metale szlachetne z bardzo wysokim, gwarantowanym oprocentowaniem — nawet do 16,5 proc. rocznie. Gdyby faktycznie inwestowała w złoto i trzymała je do dziś, to być może Amber Gold faktycznie skończyłby na sporym plusie.

W rzeczywistości pieniądze nowych klientów służyły jednak przede wszystkim do wypłat dla wcześniejszych, a realnych inwestycji prak­tycznie nie było. Amber Gold próbował nawet za pieniądze klientów zbudować linię lotniczą OLT Express. Model ten załamał się latem 2012 r., kiedy firma ogłosiła likwidację.

Według ustaleń prokuratury i prawomocnych wyroków sądów, poszkodowanych zostało niemal 19 tys. osób, które straciły łącznie około 851 mln zł. Dla wielu były to oszczędności całego życia. Twórcy spółki, Marcin Plichta i Katarzyna Plichta, zostali skazani na wieloletnie kary więzienia (odpowiednio 15 lat oraz 11,5 roku) za oszustwa i prowadzenie nielegalnej działalności finansowej.

Afera ujawniła poważne zaniedbania państwa — mimo wcześniejszych ostrzeżeń KNF organy ścigania długo nie reagowały. Sprawa doprowadziła do powołania sejmowej komisji śledczej i stała się symbolem nieskutecznego nadzoru nad parabankami w Polsce.

Afera Finroyal (2012)

Spółka Finroyal (formalnie FRL Capital Ltd.) działała w latach 2007-2012, oferując tzw. „kontrakty lokacyjne” z gwarantowanym, wysokim oprocentowaniem — sięgającym nawet 15-17 proc. rocznie. Firma przedstawiała się jako renomowana instytucja finansowa z kapitałem w Wielkiej Brytanii, co w rzeczywistości było fikcją. W praktyce Finroyal funkcjonował jak piramida finansowa: wypłaty dla wcześniejszych klientów pochodziły z wpłat kolejnych, a realnych inwestycji zabrakło.

Według ustaleń prokuratury i sądów, poszkodowanych zostało ok. 1700-1720 osób, głównie starszych, które powierzały firmie oszczędności życia. Łączne straty klientów przekroczyły 100 mln zł (we wczesnym etapie śledztwa szacowane na ok. 50 mln zł, ostatecznie znacząco wyższe).

W 2019 r. założyciel Finroyal, Andrzej Korytkowski, został skazany na 10 lat więzienia za oszustwa i nielegalne gromadzenie środków bez zezwolenia KNF. Znaczna część pieniędzy nie została odzyskana.

Afera SKOK Wołomin (2014)

Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo‑Kredytowa w Wołominie działała w latach 2006-2014, a jej zarząd we współpracy z zorganizowaną grupą przestępczą masowo udzielał fikcyjnych kredytów na tzw. „słupy”, wykorzystując fałszywe zaświadczenia o dochodach i zawyżone wyceny nieruchomości. Środki były szybko wyprowadzane z kasy, a zobowiązania nie były spłacane.

Według prokuratury łączna kwota wyłudzeń przekroczyła 3 mld zł, co czyni tę sprawę większą m.in. od afery Amber Gold. Gdy w 2014 r. kasa upadła, poszkodowanych było ok. 79 tys. członków SKOK Wołomin — tylu klientów trzymało tam swoje oszczędności.

Dzięki objęciu depozytów gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego klienci nie stracili pieniędzy do limitu 100 tys. euro, jednak BFG musiał wypłacić ponad 2,24 mld zł, co było największą taką operacją w historii funduszu. Koszty przerzucone zostały na inne banki, które przez lata musiały odprowadzać wyższe składki na fundusz, a banki przerzuciły je oczywiście na klientów w postaci wyższych marż na odsetkach lub prowizji.

Afera zakończyła się wieloletnimi śledztwami i procesami — zarzuty usłyszały setki osób, a w głównym procesie oskarżonych jest ponad 60 byłych menedżerów i współpracowników kasy.

Afera polisolokat (2015)

Problem z orientacją w meandrach finansów został wykorzystany w aferze z tzw. polisolokatami. Klienci często nie byli świadomi, czy zakładają lokatę, czy kupują produkt ubezpieczeniowy.

Afera dotyczyła masowej sprzedaży w latach ok. 2005-2015 produktów ubezpieczeniowo‑inwestycyjnych (polis na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym UFK), które były reklamowane jako „bezpieczna alternatywa dla lokat bankowych”. Ale z większymi, obiecywanymi zyskami oczywiście.

W praktyce miały one skomplikowaną konstrukcję, wysokie opłaty i pełne przeniesienie ryzyka inwestycyjnego na klientów, o czym często nie byli oni rzetelnie informowani. Kluczowym problemem były opłaty likwidacyjne, sięgające w pierwszych latach trwania umów nawet 90-100 proc. wpłaconych środków, gdy klient chciał z produktu zrezygnować. Oznaczało to, że tysiące osób traciły większość oszczędności, mimo regularnych wpłat przez kilka lat.

Skala zjawiska była olbrzymia. Według danych stowarzyszeń konsumenckich i mediów, polisolokaty wykupiło nawet ok. 5 mln Polaków, a łączna wartość wpłaconych środków sięgała około 50 mld zł.

Największą skalę miała sprzedaż przez sieć pośrednictwa finansowego Open Finance z grupy Leszka Czarneckiego, poprzez Idea Banki i Getin Noble Bank — oba również z grupy Czarneckiego, ale też w Polbanku (obecnie Raiffeisen Bank Polska). Najwięcej umów tego typu zawarły AEGON TU na Życie (wskazywany przez UOKiK jako jeden z głównych masowych sprzedawców tok­sycznych konstrukcji polisolokat) oraz Open Life z grupy Czarneckiego.

Afera GetBack (2018)

Afera GetBack była jedną z największych afer finansowych w historii III RP. Dotyczyła upadku spółki windykacyjnej, która w latach 2015-2018 finansowała swoją ekspansję poprzez masową emisję obligacji, sprzedawanych głównie klientom indywidualnym jako bezpieczne produkty inwestycyjne.

Teoretycznie do 2016 r. spółka wykazywała spore zyski netto. Jeszcze w 2016 r. zarobiła na czysto rekordowe w swojej historii 200 mln zł. Tyle że dane o przepływach pieniężnych „się nie zgadzały”. Dodatnie były tylko na działalności finansowej, czyli sprzedaży wspomnianych obligacji. Na pozostałej działalności był regularny odpływ środków. Zarząd do tego fałszował lub zniekształcał informacje o skali zadłużenia i płynności.

Gdy w 2018 r. GetBack utracił zdolność do wykupu obligacji, wybuchł skandal. Według danych prokuratury i KNF poszkodowanych zostało ponad 9 tys. osób, głównie drobnych inwestorów, oraz około 170 instytucji finansowych. Łączne straty szacuje się na ok. 2,5-3 mld zł. Obligacje były często dystrybuowane przez banki z naruszeniem zasad informowania o ryzyku. W tym przez Idea Bank z grupy Czarneckiego, który afera doprowadziła do upadku, a jego działalność przejął Bank Pekao.

Afera, poza upadkiem Idea Banku, doprowadziła do wieloletnich śledztw, kilkunastu aktów oskarżenia i zarzutów wobec byłego zarządu spółki oraz pośredników.

Afera HRE Investments (2023)

Grupa HRE, kierowana przez Michała Sapotę, byłego szefa Murapolu, finansowała swoje projekty niemal wyłącznie pieniędzmi osób prywatnych — inwestorów kupujących udziały oraz klientów podpisujących umowy deweloperskie. Środki były kierowane do dziesiątek spółek celowych, co — według śledczych i zarządcy przymusowego — w praktyce przypominało mechanizm piramidy finansowej, w której nowe wpłaty służyły do obsługi wcześniejszych zobowiązań.

Problemy wyszły na jaw w drugiej połowie 2023 r., gdy wiele budów w całej Polsce stanęło, a spółki utraciły płynność. Klienci nie otrzymali mieszkań, a inwestorzy — obiecanych zwrotów. Prokuratura Okręgowa w Łodzi zarzuca zarządowi wprowadzanie klientów w błąd co do sytuacji finansowej i kontynuowanie sprzedaży mimo faktycznej niewypłacalności. We wrześniu 2025 r. prezes HRE trafił do aresztu, który w 2026 r. został przedłużony.

Według oficjalnych danych śledczych co najmniej 1,4 tys. osób straciło ok. 342 mln zł, ale szacunki obejmujące wszystkie podmioty z grupy mówią nawet o 8-10 tys. poszkodowanych i łącznych stratach rzędu 2–3 mld zł. Skala szkód obejmuje zarówno inwestorów finansowych, jak i zwykłych nabywców mieszkań w kilkunastu miastach w Polsce.

Co będzie następne?

Jak widać, sposobów na wyciągnięcie pieniędzy od ludzi na masową skalę jest wiele, choć same sposoby się nie powtarzają. Po PRL zaczynaliśmy od piramidy Lecha Grobelnego, późniejsze afery były już bardziej wyrafinowane. Być może zresztą w wielu przypadkach chodziło o zwykłe niepowodzenie przedsiębiorcy i utratę płynności, za którą zapłacili zwykli ludzie, nieświadomi ryzyka.

Wpadły tysiące przedsiębiorców — eksporterów, którzy dali się naciągnąć bankom na niekorzystnie skonstruowane opcje walutowe. Dali się nabrać ludzie, którzy wierzyli, że na złocie można zarobić tyle, że starczy na kilkunastoprocentowe odsetki dla nich rok w rok, zamiast… samemu kupić złoto, skoro miało być tak zyskowne. Może gdyby Amber Gold udało się rozwinąć OLT Express, to nawet dostaliby zwrot, tyle że nie byli świadomi, że ich pieniądze idą właśnie na tę ryzykowną inwestycję, a nie na złoto.

Stracili ludzie, którzy nie byli świadomi, że zarząd wykorzystuje pieniądze SKOK Wołomin do innych celów i świadomie kieruje kasę do upadłości. Stracili ci, którzy nie doczytali w umowach o polisolokaty, że wyciągnięcie pieniędzy jest na wiele lat obarczone gigantyczną prowizją, no i że za polisę się płaci, nawet jeśli jest z funduszem inwestycyjnym. Stracili ci, którzy nie przeanalizowali sytuacji płynnościowej GetBacku i kupili obligacje spółki oprocentowane o wiele wyżej niż na rynku.

Wreszcie Cinkciarz i zonda poległy na utracie płynności, próbując zbudować produkt, który miał przynosić zyski, nie uprzedzając o tym ludzi, którzy trzymali w nich pieniądze. Gdyby Cinkciarz poprzestał na zarabianiu na wymianie walut, a zonda nie szastała pieniędzmi na marketing, być może tych afer by nie było. Nie każdy jest Elonem Muskiem i nie każdemu świat finansów da dowolnej ilości pieniądze na kontynuowanie nierentownej przez wiele lat działalności.

Co będzie następne? Bo na pewno coś będzie. Ważna jest nauka, jaką wyciągamy z powyższych wydarzeń. Uważność w dysponowaniu własnymi oszczędnościami, niewkładanie ich do jednego worka, światło ostrzegawcze, jeśli oferta wydaje się zbyt atrakcyjna — dużo atrakcyjniejsza niż to, co oferuje rynek. Te pozornie małe zasady już pomogą uratować się przed nieszczęściem.

Autor: Jacek Frączyk, redaktor Business Insider Polska