Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

W październiku 2023 roku w Jerozolimie doszło do skandalu na tle religijnym. Grupa ortodoksyjnych Żydów próbowała zakłócić procesję chrześcijan niosących duży, drewniany krzyż, plując przed ich stopami i miotając obelgami.

Incydent wywołał burzę, tym bardziej że został uwieczniony na nagraniu wideo. Jednak najgłębiej w pamięci uczestników tamtego wydarzenia utkwiły późniejsze słowa niejakiego Eliszy Jereda, lidera jednej ze skrajnie nacjonalistycznych organizacji żydowskich osadników.

„Plucie na chrześcijański kler to przecież odwieczny, judaistyczny obyczaj” – bronił swoich pobratymców Jered. „Czasami zapominamy, czym tak naprawdę jest chrześcijaństwo. Ale miliony Żydów, którzy spędzili swoje życie na wygnaniu, nigdy tego nie zapomniały. I nie zapomną”.

Bejrut zniszczony. Najmocniejsze uderzenia na Liban od początku wojny

Ten „odwieczny, judaistyczny obyczaj” stał się w ostatnim czasie chlebem powszednim na ulicach Jerozolimy i innych izraelskich miast. Niemal codziennie pojawiają się informacje o atakach na chrześcijan – opluwanych, popychanych, wyszydzanych. Napastnicy są coraz bardziej ośmieleni i coraz brutalniejsi.

Kilka dni temu na jerozolimskim starym mieście została poturbowana siostra zakonna, pracująca w prestiżowej Francuskiej Szkole Biblijnej i Archeologicznej. Religijny ekstremista powalił ją na chodnik, a następnie skopał. Internet obiegł też klip, na którym kolejny Izraelczyk ostentacyjnie pluje przed wejściem do jednego z kościołów, a następnie odwraca się, spogląda prosto do kamery monitoringu i pokazuje środkowy palec. Mniej więcej w tym samym czasie żydowscy osadnicy wkroczyli do wioski Taybe na Zachodnim Brzegu (zresztą nie pierwszy raz), zamieszkałej przez palestyńskich chrześcijan.

Żydzi podróżujący po krajach europejskich niejednokrotnie podkreślają – nie bez powodu – jak łatwo oni sami stają się ofiarami werbalnych i cielesnych ataków. Starają się nie rzucać w oczy, nie zakładają kip, niekiedy wręcz unikają głośnych rozmów po hebrajsku w miejscach publicznych w Berlinie, Londynie czy Mediolanie.

Dziś podobnie muszą czuć się wyznawcy Chrystusa, a zwłaszcza katolicy, w Izraelu. Ksiądz w sutannie i zakonnica w habicie, pojawiający się gdzieś między Bazyliką Grobu Pańskiego a Ścianą Płaczu, narażają się na agresję ze strony żydowskiej społeczności – ludzi zazwyczaj młodych, zradykalizowanych, ziejących pogardą dla innych religii.

Owszem, na każdy taki akt reaguje izraelska policja, reagują politycy, a rabini poczuwają się w obowiązku, aby przypomnieć, że opluwanie chrześcijan nie jest bynajmniej „judaistyczną tradycją”, lecz raczej występkiem przeciwko wskazaniom Tory, przeciwko Bogu, dosłownie „skalaniem imienia Pana” (chilul ha-szem).

Niestety, jak to zazwyczaj bywa w przypadku fanatyków, nie przejmują się oni tym, co mówią żydowskie, święte pisma, nie zważają na krytykę tego czy innego duchowego przywódcy (tym bardziej że wielu rabinów milczy, a nawet popiera takie akcje).

W ich przekonaniu chrześcijanie nie powinni mieć swojego miejsca na terenach, które Żydom zostały nadane przez Boga. W dodatku są przeświadczeni, że głównym zadaniem innowierców jest nawracanie Żydów, a to wszak – tuż po wizji „drugiego Holocaustu” – największe zagrożenie dla egzystencji żydowskiego narodu.

Fanatycy po prostu wiedzą lepiej

Wiedzą też, że za pobicie zakonnicy czy szturchanie polskiego pielgrzyma nie spotka ich zbyt surowa kara. Nie chodzi tutaj wyłącznie o karę w znaczeniu formalnym, o areszt, przesłuchanie, proces czy grzywnę, lecz o sankcję społeczną. Nawet w zlaicyzowanych państwach Zachodu ktoś, kto dokonuje tego rodzaju przestępstw, jest z miejsca poddawany ostracyzmowi. Ciskanie w synagogę kamieniami, używanie obelżywych sformułowań wobec Żydów, palenie Koranu są usprawiedliwiane jedynie przez innych fanatyków, nigdy przez katolickich księży czy protestanckich pastorów, prawie nigdy przez polityków.

Tymczasem w Izraelu Itamar Ben-Gwir, osławiony minister ds. bezpieczeństwa w rządzie Benjamina Netanjahu, sprzeciwiał się swego czasu aresztowaniom „opluwaczy”, uznając, że ich wybryki „nie noszą znamion działań kryminalnych”.

Nic dziwnego, że w tej atmosferze daleko posuniętej bezkarności liczba podobnych wypadków szybko rośnie. Według raportu Rossing Center, instytucji zajmującej się badaniem przejawów nienawiści na tle religijnym w Izraelu, tylko w 2025 roku miało miejsce 61 ataków na chrześcijańskich duchownych, 52 razy niszczono kościelne mienie, 28-krotnie zakłócano procesje.

Gdyby w Polsce w ubiegłym roku doszło do 61 przypadków fizycznej agresji wobec rabinów (czyli z grubsza pięć razy w miesiącu), gdyby jacyś młodociani antysemici 52 razy obrzucili puszkami z farbą bożnice w Warszawie, Krakowie i Zamościu, moglibyśmy oczekiwać gwałtownej reakcji rządu Izraela i organizacji żydowskich w USA. A najpewniej także amerykańskich władz.

Zresztą wspomniana arogancja izraelskich ekstremistów jest związana także ze specyficzną „osłoną”, którą oferuje dziś rządowi Benjamina Netanjahu administracja Donalda Trumpa. Netanjahu „martwi się” i „potępia”, ale nie czyni zbyt wiele, aby ukrócić ten proceder. Albowiem jest politycznie uzależniony od izraelskiej skrajnej prawicy, od Ben-Gwira, od osadników, od „opluwaczy”. Widzi też, że obecny prezydent USA i jego najbliżsi współpracownicy bardziej przejmują się „dekadencją odwracającej się od Boga Europy” niż agresją wobec chrześcijan w Jerozolimie, Hajfie czy Nazarecie.

„Wolność religijna, pierwsza wolność Ameryki, jest imperatywem moralnym i imperatywem naszego bezpieczeństwa narodowego” – przeczytamy w dekrecie wydanym przez Donalda Trumpa podczas jego pierwszej kadencji, w czerwcu 2020 roku. „Wolność religijna dla ludzi na całym świecie jest priorytetem polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych (…). Nasi Ojcowie Założyciele postrzegali wolność religijną nie jako twór państwa, lecz jako dar Boga dla każdego człowieka (…)”.

Dzisiaj sam Trump, jego zastępca JD Vance czy sekretarz stanu Marco Rubio (notabene, dwaj ostatni to katolicy) nie mają odwagi, by głośno potępić serię napaści na chrześcijan w Izraelu czy nawet wyrazić pobieżne zaniepokojenie. Gdy jednak jakiś europejski polityk powie coś niemądrego o „światopoglądowej neutralności Starego Kontynentu”, o prawach osób LGBT czy o „52 płciach”, Trump, JD Vance i Rubio natychmiast ruszą na pierwszą linię frontu wojny z globalną lewicą, heroicznie broniąc „chrześcijańskich wartości”.

Czyż nie jest to bowiem „priorytetem amerykańskiej polityki zagranicznej”?