Pokazywanie przykrych dla zdrowia dzieci skutków wypadków na hulajnogach elektrycznych może być jedną z metod edukacji i może zapobiegać takim zdarzeniom – ocenił dr hab. Tomasz Guszczyn.
Zwrócił uwagę, że pacjenci po takich zdarzeniach stanowią ponad 60 proc. wszystkich pacjentów z urazami.
W pierwszych dniach maja do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego (UDSK) w Białymstoku trafiło dziesięcioro dzieci z różnymi urazami spowodowanymi wypadkami na hulajnogach elektrycznych – poinformowano w środę na konferencji prasowej w klinice.
– Coraz więcej dzieci trafia po urazach przede wszystkim na hulajnogach elektrycznych i niestety dominują ciężkie urazy, a do tego u bardzo młodych dzieci, które nie są w ogóle przygotowane do jazdy na tych urządzeniach – powiedział na konferencji dr hab. Tomasz Guszczyn, kierownik Kliniki Ortopedii i Traumatologii Dziecięcej szpitala UDSK.
W szpitalu przebywają dzieci z połamanymi kończynami, silnymi otarciami bioder, łokci, stłuczeniami ramion, nadbrzusza, kolan, klatki piersiowej, a także z urazami szyi czy stawu skokowego.
– Hulajnoga kojarzy się z dzieciństwem, ale nie hulajnoga elektryczna, lecz mechaniczna. Elektryczne mogą być dla małych dzieci zabójcze, ponieważ te dzieci nie mają jeszcze wykształconych zmysłów równowagi, dlatego nie radzą sobie z tak dużymi prędkościami – powiedział Guszczyn.
Z danych UDSK wynika, że z powodu niebezpiecznych zdarzeń na hulajnogach elektrycznych w 2025 r. w tej placówce przyjęto 41 pacjentów, w 2024 – 38, obecnie 10.
– Generalnie liczba urazów z hulajnóg dziecięcych jest cały czas dominująca – zaznaczył Guszczyn.
Ocenił, że pacjenci z takich zdarzeń stanowią ponad 60 proc. pacjentów z urazami. Dodał, że trudno ocenić, czy sytuacja się poprawiła, ale ważne jest, by mówić o tym cały czas, bo świadomość zagrożeń wciąż jest mała, a – jak to określił – konsekwencje tej nieświadomości można ponosić do końca życia.
– Do nas trafiają ofiary hulajnóg, więc rodzice nie wyglądają na świadomych, jeśli dochodzi do takich, a nie innych zdarzeń. Ci, którzy nie trafili, może rzeczywiście posłuchali nas i w rozsądniejszy sposób używali tych urządzeń – przekazał.
Ostatnio lekarze w UDSK mieli przypadek dziecka bez opieki rodziców, jadącego hulajnogą, które złamało trzon kości udowej i kość ramienną.
– Czyli dwie główne kości organizmu ludzkiego zostały złamane – powiedział lekarz.
Wytłumaczył, że naturalnym odruchem przed upadkiem jest ochrona twarzy i nosa, dlatego jeśli nawet mamy na głowie kask, najczęściej dochodzi do złamań kończyn górnych. Z obserwacji lekarzy wynika jednak, że więcej osób niż kiedyś używa kasków.
Lekarze uważają, że pokazywanie i mówienie o konkretnych skutkach upadków na hulajnogach zapobiegnie przykrym zdarzeniom.
– Małe dzieci nie są w stanie ocenić zagrożenia, nie mają wyobrażenia, czym może się skończyć ten mały, drobny ruch, utrata równowagi w kontakcie z krawężnikiem. Skutki mogą być olbrzymie i długotrwałe. Pamiętajmy, że małe dzieci intensywnie rosną, że wszystkie złamania mogą odbijać się na ich wzroście, prowadząc do deformacji kończyn czy asymetrii długości kończyn – przekazał.
Lekarze zaczęli też zgłaszać na policję informacje o wypadkach, gdy doszło do złamania przepisów, np. użytkownik hulajnogi był za młody.
– Każdy przypadek łamania prawa będzie zgłaszany na policję. Może to coś zmieni – powiedział.
3 czerwca mają wejść w życie przepisy, które stanowią, że każdy kierujący rowerem, rowerem z napędem, hulajnogą elektryczną lub urządzeniem transportu osobistego, który nie ukończył 16. roku życia, w czasie jazdy będzie musiał korzystać z kasku. Obecnie jazda w kasku jest dobrowolna.
Red. OKO
Fot. Podlaskie24.pl archiwum
PAP
