Pamiętam jak w 2001 roku, idąc nocą jedną z bemowskich uliczek, usłyszałem „Ej, ty!”. Zamarłem, bo bez wątpienia miałem do czynienia z kimś, kto posługiwał się pseudonimem. „Jak dostać bilet na taki mecz Realu z Barceloną?” – padło pytanie, po którym puls mi się uspokoił – pisze Jacek Laskowski z TVP Sport w swoim felietonie „Sport w 4K”.

Real czy Barcelona? W ostatnich latach odpowiedź na to pytanie pozycjonuje nam każdą osobę, podobnie jak na „sernik z rodzynkami czy bez?” albo „Kielecki czy Winiary?”. Trzeba zająć stanowisko, wtedy wiadomo jak z kimś rozmawiać, z czego żartować, z jakich wyników się cieszyć, a z jakich kpić. To wszystko efekt ostatnich 27 lat. Tyle czasu upłynęło od pierwszej bezpośredniej relacji z El Clasico dostępnej w polskiej telewizji i wiele w tym czasie się wydarzyło. 

Pierwsze starcia Barcelony z Realem oglądałem w latach 90. za pośrednictwem dostępnej na antenie satelitarnej stacji TVE International, która transmitowała wszystkie ciekawsze mecze La Liga – tak tak, całkiem za darmo, wystarczyło zainstalować sobie antenę, najlepiej taką z ruchomym talerzem. Można było podziwiać Manitę w wykonaniu ekipy Cruyffa w styczniu 1994 roku na Camp Nou z Romario w roli głównej, a rok później okrutny rewanż Realu z popisem Ivana Zamorano. 

Aż nadeszły Walentynki 1999 roku i historyczna transmisja. Pracowałem już wtedy w Canal+ i z Januszem Basałajem pojechaliśmy do Barcelony – to był pierwszy Klasyk na żywo z polskim komentarzem. Trenerami byli van Gaal i Hiddink, na boisku brylowali Luis Enrique i Pep Guardiola, u ich boku Rivaldo i… Luis Figo. Barcelona wygrała pewnie 3:0, nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że to błyskotliwy Portugalczyk na prawym jej skrzydle stanie się jednym z największych katalizatorów wzrostu popularności tej rywalizacji. 

Stolica Katalonii pięknym miastem jest od dawna, ale boom turystyczny tak naprawdę dotknął ją dopiero za sprawą igrzysk olimpijskich w 1992 roku. Podobnie jest z El Clasico. Transfer Figo do Realu, nienawiść zakochanych w nim wcześniej fanów Barcy, seria galaktycznych nabytków Królewskich z Madrytu, wreszcie pojawienie się w Barcy Ronaldinho – to wszystko nakręciło niesamowitą popularność Klasyka na całym świecie.

Do tego doszła coraz większa dostępność transmisji, za sprawą rozwoju płatnych platform telewizyjnych w swej ofercie bazujących głównie na ligowym futbolu w najlepszym wydaniu. Leo Messi, a potem Cristiano Ronaldo – to już było dolewanie benzyny do ognia. Jeździliśmy komentować te mecze będąc jedynymi lub jednymi z nielicznych Polaków na trybunach. Ale to się błyskawicznie zaczęło zmieniać.

Pamiętam jak już w 2001 roku, idąc nocą jedną z bemowskich uliczek, usłyszałem „Ej, ty!”. Zamarłem, bo bez wątpienia miałem do czynienia z kimś, kto posługiwał się pseudonimem. „Jak dostać bilet na taki mecz Realu z Barceloną?” – padło pytanie, po którym puls mi się uspokoił. Pamiętam, że zalecałem wtedy kontakt faksem… Wówczas nie było jeszcze systemu odzyskiwania na potrzeby turystów miejsc od socios, którzy rezygnowali z przyjścia na mecz.

Co ciekawe, rok albo może dwa lata później, spotkaliśmy na lotnisku czteroosobową rodzinę, która właśnie za pomocą faksu skontaktowała się z Barceloną i dostała bilety na Klasyk. Za jednym zamachem ogarnęli sobie też mecz Deportivo. A potem z roku na rok Polaków na tych meczach było coraz więcej. Weszliśmy do Europy, wyjazdy stały się łatwiejsze, Internet pomagał coraz bardziej w nabyciu biletów.

Pamiętam, jak pojechaliśmy kiedyś z Leszkiem Orłowskim na Camp Nou dzień przed meczem i chodząc wokół stadionu słyszeliśmy głównie język polski. Nasi rodacy, co ciekawe, przyjeżdżali tanimi liniami z różnych miejsc w Europie, np. z Irlandii. Żartowaliśmy z Lechem, że wkrótce usłyszymy z trybun „nic się nie stało”. I było to w czasie gdy pewien chłopak z nr 9 na plecach przenosił się dopiero z Pruszkowa do Poznania. Ostatnia dekada to już czas gdy Polaków na Klasykach – zawsze jest ich co najmniej kilkuset, nikt tego pewnie nie liczy, ale tak bym obstawiał, niezależnie od tego, że mecz obsługują liczne ekipy dwóch polskich stacji telewizyjnych, co też jest ewenementem na skalę światową. 

Polska, europejska i światowa fascynacja El Clasico przypomina mi jednak za każdym razem, że zażyły konflikt między Madrytem i Barceloną jest czymś, co szalenie ciężko zrozumieć z zewnątrz. Czytałem dużo o najnowszej historii Hiszpanii, rozmawiałem wiele godzin ze swoimi przyjaciółmi z Katalonii, zwiedzałem Barcelonę nie przez pryzmat Rambli, Sagrady Familii czy Plaza Espanya, ale małych uliczek, podwórek, zakamarków, gdzie ściany wciąż pełne są śladów po kulach, gdzie mnóstwo jest miejsc dawnych egzekucji. Wśród moich przyjaciół są osoby w bardzo podeszłym wieku, ale doskonale pamiętające wydarzenia z trudnej przeszłości.

Tego kontekstu nie odnajdzie nikt z nas, ani nikt z turystów, którzy tak masowo Hiszpanię odwiedzają i tak chętnie na El Clasico przychodzą, czcząc swoich piłkarskich idoli. I na tym poprzestańmy. Wzajemną niechęć, antypatię, pogardę zostawmy miejscowym, tylko oni mają do tego prawo.