Grudzień 2024. Skazywany na spadek Motor jako beniaminek Ekstraklasy kończy pierwszą część sezonu na rewelacyjnym siódmym miejscu, a jedną z absolutnie kluczowych postaci zespołu jest nowicjusz na tym poziomie — Bartosz Wolski. 27-latek nie miał żadnych problemów z adaptacją w krajowej elicie — strzelił jednego gola oraz zanotował pięć asyst.
— Pan wcześniej dałby sobie radę? — zapytaliśmy podczas rozmowy w restauracji na stadionie w Lublinie.
— Tak, absolutnie. Uważam, że w jakimkolwiek momencie bym nie trafił do Ekstraklasy — odpowiedział bez wahania.
— Co się stało, że pan nie zagrał na tym poziomie wcześniej? — drążyliśmy.
— Zawiódł skauting w polskich klubach i szybciej mnie nie wyłowili — automatycznie stwierdził.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Nie da się sprawdzić tej deklaracji, ale można wierzyć Wolskiemu na słowo, że był wcześniej gotowy na ten szczebel, skoro od pierwszego kopnięcia stał się jednym ze zdecydowanie najlepszych pomocników w lidze.
Chciał z tym skończyć
Wolski przez niemal dwa sezony w Ekstraklasie zdobył siedem bramek i miał trzynaście asyst, choć to nie mówi wszystkiego o postawie wychowanka Elany Toruń. Dobitniej wkład pomocnika w grę Motoru oddają wykreowane 22 duże szanse i 146 szans (dane za Optą), bo pod pierwszym względem lepsi w tym okresie byli wyłącznie Kamil Grosicki (Pogoń Szczecin), Bartosz Nowak (GKS Katowice) oraz Sebastian Kerk (Widzew Łódź i Arka Gdynia), a pod drugim już tylko Nowak oraz Grosicki. Kapitan Lublinian to ścisła ligowa czołówka i podpora, a wręcz jeden z symboli zespołu trenera Mateusza Stolarskiego. Bez niego ani nie byłoby historycznie wysokiej siódmej pozycji w poprzednich rozgrywkach, ani utrzymania w jeszcze trwających (wg wyliczeń Pawła Mogielnickiego ryzyko spadku Motoru to ledwie 0,3 proc.). A przecież historia Wolskiego mogła potoczyć się zupełnie inaczej.
Przede wszystkim dlatego, że jako 18-letni junior poważnie się zastanawiał, czy nie rzucić tej całej piłki w diabły. Raz, że kompletnie zawiódł się na transferze do włoskiej Latiny, w której z powodów błędów proceduralnych nie mógł występować w trakcie pierwszego półrocza po przenosinach. Dwa, kiedy już mógł grać, przyplątały się problemy zdrowotne. Drętwiały mu łydki i wyglądał, jakby… biegał na szczudłach.
Bartosz WolskiDawid Figura / newspix.pl
— Nie byłem w stanie normalnie się poruszać. Co mecz po 15-20 minutach musiałem prosić o zmianę, bo nie dawałem rady — opowiadał.
Trzy, ostatecznie dobił go chwilowy powrót do ojczyzny na testy.
— Po dwóch latach we Włoszech była możliwość wypożyczenia do Olimpii Grudziądz, też pierwszoligowej. Ale to, co tam zobaczyłem… Koledzy w klubie ładowali akumulatory, żeby coś zarobić. Do tego nie miałbym zakwaterowania w Grudziądzu, tylko miałem dojeżdżać z Torunia, a żeby zdążyć na trening, wstawałem o piątej rano i jechałem autobusem trzy i pół godziny, o tej porze nie było innego, bezpośredniego połączenia. Spędziłem tam półtora tygodnia i podziękowałem. Już miałem takie myśli, żeby dać sobie w ogóle spokój z graniem w piłkę — wspominał.
Dlaczego się nie poddał?
— Dzięki namowom rodziców, żeby jeszcze spróbować to przetrwać. Dziękuję im za to — wyjaśnia.
Do Olimpii nie trafił, a kłopoty z łydkami ustąpiły. Tak nagle, jak się zaczęły, i wciąż nie wiadomo, co mu właściwie dolegało. Z Włoch do Polski wrócił niedługo później — w pierwszej połowie 2017 r., chwilę przed 20. urodzinami, i na ponad sześć lat ugrzązł między I a II ligą.
Bartosz WolskiWojciech Szubartowski / Pressfocus / Newspix / newspix.pl
Krzyki nic nie dają
Bytovia, Chojniczanka Chojnice, Stal Rzeszów oraz wreszcie Motor — w tych zespołach występował Wolski i choć z reguły się wyróżniał, poważnych ofert z Ekstraklasy nie było. Najkonkretniejsza pojawiła się po awansie na ten szczebel razem z ekipą z Lublina — trener Daniel Myśliwiec bardzo chciał go sprowadzić do Widzewa Łódź. Panowie pracowali razem w stolicy Podkarpacia i cenili się nawzajem, dlatego szkoleniowiec naciskał na swoje szefostwo, by przeprowadzić ten transfer. Tyle że przedstawiciele RTS odbijali się od ściany — właściciel Motoru Zbigniew Jakubas w ogóle nie chciał o tym słyszeć, szczególnie po pokonaniu w finale barażów Arki Gdynia 2:1 i promocji na najwyższy szczebel. Nie sprzeda najlepszego piłkarza i basta! Takie było stanowisko biznesmena i nie było o czym rozmawiać. Wolski został w Motorze. Jego historia w Lublinie toczyła się dalej.
Ale tej zimy znów mogła zostać przerwana. Jakubas podchodzi specyficznie do negocjacji kontraktowych — nie spieszy się z rozmowami, jakby chciał jak najdłużej trzymać w niepewności swoich zawodników, by byli „po prądem” i nie osiadali na laurach. Tyle że o ile w niższych ligach to może i się broniło, o tyle w Ekstraklasie rywale tylko na to czekają. Zimą skorzystali z tego szefowie Wisły Płock, którzy podpisali z Michałem Królem umowę obowiązującą od lipca 2027, a następnie próbowali wcześniej wykupić skrzydłowego (choć bezskutecznie) i podobny manewr chcieli powtórzyć w GKS Katowice z Wolskim. Działacze GieKSy zaproponowali pomocnikowi bardzo dobre warunki i dopiero kiedy ta informacja przedostała się do przestrzeni publicznej, w Lublinie przestraszono się na tyle, że przedstawiono mu konkurencyjną propozycję i ostatecznie przedłużono współpracę.
Na szczęście dla Motoru, bo Wolski to nie tylko ważna postać na boisku, lecz także poza nim. Nieprzypadkowo latem przejął funkcję kapitana po Piotrze Ceglarzu (odszedł do Ruchu Chorzów). Już wcześniej sztab szkoleniowy i koledzy bardzo liczyli się z jego zdaniem. 29-latek to introwertyk, spokojny, nieokazujący emocji, ale jednocześnie szczery i stanowczy.
— Krzyki nic nie dają — powtarza z taką samą pewnością jak słowa o tym, że szybciej poradziłby sobie w Ekstraklasie.
Za to w dużej mierze dzięki niemu kibice Motoru w kolejnym sezonie również będą mogli zdzierać gardła na meczach najwyższej klasy rozgrywkowej.