Mija rok od wyborów prezydenckich. Zwycięstwo Karola Nawrockiego miało dać wiatr w żagle prawicowej opozycji i przyspieszyć rozkład koalicji rządzącej. Po blisko roku gołym okiem widać, że nie spełniło się ani jedno, ani drugie. Zwycięstwo prawicy w 2027 roku już nie jest takie pewne. Co jest tego przyczyną?  Z pewnością nie sukcesy – a raczej ich brak – „koalicji 15 października”. Donald Tusk zastawił skuteczną pułapkę na opozycję. Premier okazał się wampirem prawicy – kontynuuje jej politykę, ale nie nosi jej szat. To może okazać się kluczem do drugiej kadencji po wyborach w 2027 roku.

Wielkie nadzieje wyborców „koalicji 15 października”…

15 października Tusk zdobył władzę na totalnej krytyce Kaczyńskiego. Nie tylko kampania wyborcza, ale i cały okres bycia w opozycji był jednym wielkim festiwalem „antypisizmu”. Wydawało się więc kwestią więcej niż pewną, że po PiS-ie przyjdzie „antypis”.

Nadzieje na przewrócenie Polski do góry nogami nie były bezpodstawne. Inaczej niż to miało miejsce w 2007 r., Platforma Obywatelska w czasach opozycyjnej smuty lat 2015-2023, nasiąkała jak gąbka progresywną wrażliwością. Z amorficznej partii dla każdego stawała się coraz wyraźniej formacją o kształcie liberalno-lewicowym.

Nie był to ruch pozbawiony politycznych podstaw. Partia Donalda Tuska podążała za swym core’wym elektoratem, a ten zdawał się rozsmakowywać w „lebliftowych” narracjach, którymi regularnie okładano partię Kaczyńskiego.

Oczywiście kluczowym momentem dla tego przesunięcie był Strajk Kobiet. Dla wielu był to sygnał, że „dokonało się” i, że już „można”. Liberalne media szalały z zachwytu. Nadchodziło zwycięstwo, które miało podważyć nie tylko znienawidzony rząd prawicy, ale i jego kulturowe podstawy.

Paradoksem czasów rządów Zjednoczonej Prawicy było powszechne poczucie dziejącej się w społeczeństwie antykonserwatywnej rewolucji. Ci, co „na peronie” wypatrywali jej od 30 lat, w końcu zobaczyli nie tylko światło w tunelu, ale wręcz nadjeżdżające z pełną prędkością pendolino.

Maszynistami tego procesu były osoby, które jeszcze chwilę wcześniej Polacy uznaliby za niepoważny – a być może nawet groźny – margines. Margot, Ostatnie Pokolenie, Marta Lempart, Klementyna Suchanow, Barbara Kurdej-Szatan czy Bart Staszewski byli bohaterami tamtych dni. Królowali w mediach, a politycy opozycji podłączali się pod ich głosy licząc, że skapnie na nich choć odrobię z produkowanego przez nich moralnego kapitału. Wówczas nawet Donald Tusk w tamtym czasie uległ progresywnej emocji. oświadczył, że na listach wyborczych jego partii nie będzie miejsca dla osób, które nie popierają liberalizacji aborcji.

Na prawicy obserwowano to z dużym niepokojem. Ci co bardziej bojowo nastawieni cieszyli się, że w końcu dojdzie do ostatecznej konfrontacji z zdegenerowanym lewactwem. Ci umiarkowani pesymistycznie przeczuwali, że prawica traci społeczny grunt pod nogami i z owego progresywnego wzmożenia społeczeństwa nic dobrego nie wyniknie.

… i wielki zawód

Dopiero kiedy spojrzymy na dzisiejszą politykę z perspektywy tamtych dni możemy złapać odpowiednią perspektywę. Dziś widać jak na dłoni, jak bardzo to, co dzieje się obecnie nie licuje z wyobrażeniami snutymi wcale nie tak dawno. Gdy patrzymy na klimat debaty sprzed 2023, widzimy, jak bardzo Polska po wyborach z 15 października jest daleka zarówno od nadziei progresywistów, jak i obaw konserwatystów.

Rząd Donalda Tuska od początku zawodził swój progresywny elektorat. Mało tego. Tusk postanowił nie tylko abdykować z roli przeciwieństwa Kaczyńskiego, ale wcielił się w rolę… skuteczniejszego Kaczyńskiego.

W czasie kiedy po stronie antypisowskiej wszyscy po PiS-ie skakali, Tusk jednocześnie uważnie go studiował i patrzył jak ludzie reagują na pisowskie reformy i narracje. I wyciągnął z tego klarowną lekcję. Ludzie odsunęli PiS od władzy nie dlatego, że nie podobała się im polityka PiS-u, ale dlatego, że nie podobał się im sam PiS. Za dużo było w nim sytych kotów, toksycznych ludzi, niewyjaśnionych afer. Jednocześnie Tusk wiedział, że za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy w polskim społeczeństwie dokonało się coś istotnego.

Kaczyński rozpoznał jakąś ważną społeczną potrzebę i na nią w sposób przekonujący odpowiedział. Zrobił coś, czego nie był w stanie zrobić żaden poprzedni rząd.  To właśnie dlatego Polacy obdarowali PiS imponującym zwycięstwem nie tylko w 2015 r., ale również cztery lata później.

Wniosek z tej lekcji dla Donalda Tuska był oczywisty. Zaserwował Polsce politykę PiS-u bez PiS-u. Zmiana w stosunku do spodziewanego rewolucyjnego i progresywnego kursu nie była punktowa i odnosząca się jedynie do wybranych aspektów. W zasadzie trudno jest wskazać obszar, gdzie Tusk nie zechciał „PiSizować” polityki koalicji 15 października.

Bezpieczeństwo, głupcze!

Lider KO od początku wytoczył najcięższe działa. Postanowił rywalizować na boisku, które wydawało się najtrudniejsze. Na polu, które wydawało się być absolutnym „dominium” prawicy – w obszarze bezpieczeństwa.

Wielu pukało się w czoło, gdy Tusk wziął na sztandar ten obszar polityki. Mając na koncie reset z Rosją, obrażanie strażników granicznych, krytykę budowy muru na granicy polsko-białoruskiej, obronę uchodźców, wydawało się to porywaniem z motyką na słońce.

Odebrać prym prawicy w tym temacie było tym trudniej, że PiS chodził w glorii formacji, której racje przyznawali nie tylko wyborcy, ale i historia. Słynne wystąpienie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Tbilisi po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny na Ukrainie 24 lutego 2022 r. recytowały z pamięci dzieci w przedszkolu.

Premier wybrał więc do starcia z prawicą najtrudniejsze możliwe pole. Donald Tusk poszedł dalej. Bezpieczeństwo nie stało się tylko chłodnym „kejpijajem”, jednym z wielu obszarów politycznej rywalizacji z PiSem o uznanie wyborców. Bezpieczeństwo stało się główną opowieścią rządu, narracyjnym parasolem, który rozkładał nad wszystkimi segmentami państwa premier.

Naturalnie, były ku temu obiektywne zewnętrzne przesłanki. Jednak Tusk nie ograniczył się do udzielenia adekwatnej odpowiedzi na społeczne lęki. Premier tę potrzebę jeszcze podsycał dobrze wiedząc, że takiej politycznej szansy nie można zmarnować.

Po 15 października 2023 roku o bezpieczeństwie słyszeliśmy wszędzie i o każdej porze. Mieliśmy spotkania, wystąpienia, konferencje, ale i konkretne działania. Tusk wiedział, że gdzie jak gdzie, ale tu musi pokazać, że przesuwa taczki.

Dlatego kupowano na potęgę sprzęt wojskowy, rozbudowywano zakłady militarne. To nie za PiS-u ale za KO wydatki na armię sięgnęły rekordowych poziomów.

Do tego wjechała twarda polityka wobec uchodźców. Obrońcy praw człowieka patrzyli zszokowani jak na wschodniej granicy budowano kolejną warstwę muru, kontynuowano nielegalne push-backi. Na koniec w ogóle wstrzymano przyjmowanie wniosków o azyl. Pewien Polityk PiS-u mówił mi, że za „dobrej zmiany” rozważano taką decyzję, ale uznano, że byłoby to za „grube”. W rywalizacji z prawicą o rolę prymusa w zakresie bezpieczeństwa poszła tak daleko, że tej polityki zaczął się bać się nie tylko PiS, ale i Konfederacja.

Co więcej, nie tylko skutecznie się bronił, ale wyprowadzał równie skuteczne kontrataki. Program SAFE był podwójnym zwycięstwem Koalicji. Donald Tusk nie tylko pokazał, że potrafi w bezpieczeństwo, ale i podważył wiarygodność drugiej strony. Prezydencki SAFE „0” był zabiegiem zręcznym, lecz była to jedynie próba redukcji kosztów, jakie wywołał sprzeciw prawicy wobec unijnej pożyczki.   W tej sprawie rządowi udało się przekonać większość Polaków.

Ten wysiłek Tuskowi się opłacił. Przez lata PO uchodziła za partię „ciepłej wody w kranie”, Formację na czasu spokoju i prosperity. Donalda Tuska postrzegano jako Premiera, który zaprasza na grilla, a nie do wojska. Zmiana polityki przyniosła zmianę percepcji. Dziś udało mu się zneutralizować zarzut o „krótkie spodenki”, brak determinacji i deficyt powagi.

Gospodarczy patriota

Bezpieczeństwo nie było jedynym obszarem, gdzie Tusk wybrał się na polowanie. Już stosunkowo dawno porzucił wizerunek gospodarczego liberała, ale od niedawna ubiera się w szaty gospodarczego patrioty. Więcej, zdarzało mu się nawet definiować siebie jako gospodarczego nacjonalisty.

Polityka rozwojowa rządu rozpoczęła się od dość dużego „fuck-upu”.  Tusk początkowo nie docenił emocji stojącej za CPK. Mówił o gigantomanii i przepalonych pieniądzach.  Ale widząc emocje społeczny zmienił kurs.

PiS zarzuca KO, że ta zarzuciła wielkie projekty rozwojowe zainicjowane przez rząd Morawieckiego. Tymczasem CPK, atom, rozbudowa portów są kontynuowane. Ostatnio do projektów realizowanych przez koalicję rządzącą dołączyła nawet Izera, choć w mocno zmienionej formule.

Ale wróćmy do symbolu rozwoju Polski ostatnich lat – CPK. Zmiana nazwy na „Port Polska”, bez istotnej zmiany treści projektu to doskonała egzemplifikacja nie tylko podejścia Tuska do tego projektu, ale i jego stosunku do dziedzictwa PiSu w politykach publicznych w ogóle.

Tusk te projekty realizuje nie dlatego, że bardzo w nie wierzy. Robi to dlatego, że wie, że inni w nie wierzą. Premier zdaje sobie sprawę z obecnej w Polakach aspiracyjnej emocji, której nie można zlekceważyć. Wie, że czasy „cichej modernizacji” minęły, a umysłami Polaków zawładnęła wizja dołączenia do gospodarczej Ligi Mistrzów. To właśnie dlatego Donald Tusk ochoczo promuje narrację Polski jako 20 gospodarki świata.

Od PiSu wziął jednak znacznie więcej niż tylko duże projekty modernizacyjne. Wbrew konserwatystom fiskalnym nie obawia się zadłużać państwa, podzielając pisowską filozofię gospodarczą opartą na odgórnym nakręcaniu popytu. W polityce społecznej nie tylko nie ograniczył żadnych transferów socjalnych, ale i dołożył dodatkowe, tak jak chociażby „Babciowe”.

Ostatnio wziął na sztandar idee „local content”, podkreślając, że polską gospodarkę trzeba „spolonizować”. To jest strategia, którą mają się kierować nie tylko spółki skarbu państwa, ale też  MON przy ogromnych zamówieniach wojskowych. Przy okazji koalicja 15 października mocno krytykuje PiS za to, że zamiast rozwijać rodzimy przemysł to kupował drogo i jak leci z zagranicznej półki. Gdyby ktoś taki scenariusz opowiedział nam kilka lat temu, to powiedzielibyśmy zapewne, że wszystko się zgadza, tylko ktoś rolę poprzestawiał.

Pożegnanie z euroentuzjazmem

Niemniej istotne zaskoczenie przyszło w polityce zagranicznej. Tusk wie, że w Polsce skończył się czas naiwnego euroentuzjazmu. Dlatego narracyjnie operuje pragmatycznym eurorealizmem. Świadomie nie odwołuje się do unijnego dyskursu zdając sobie sprawę, że prawica spycha Tuska do roli podnóżka Brukseli. Nie chce dawać jej nie tylko argumentu, ale choćby pretekstu do ataku.

Donald Tusk należy do europejskiego mainstreamu, bo wie, że ten może mu pomóc załatwić „ważne sprawy”, ale swoimi kontaktami zarządza ostrożnie. Chwali się wpływem, ale nie ideologiczną zbieżnością. Dlatego dystansuje się od jego sztandarowych polityk. Jawnie i konsekwentnie krytykuje Pakt Migracyjny czy Zielony Ład.

W relacjach z Rosją jest jastrzębiem, skutecznie zamazując pamięć po polityce resetu, pomimo tego, że PiS w kółko ją przypomina. Co ciekawe, w relacjach z Ukrainą również nie popadł w naiwny romantyzm. Premier nie popiera przyspieszenia akcesji Ukrainy do UE czy NATO ani ustępstw w sprawach gospodarczych.

Dla Zełeńskiego było to duże rozczarowanie. Prezydent Ukrainy nie spodziewał się, że Tusk będzie kontynuował linię późnego PiS-u. Lider KO wiedział, że sceptycyzm Polaków wobec Ukraińców sięga dużo dalej niż prawicowy elektorat. Dlatego to on, a nie Zjednoczona Prawica ograniczyła wsparcie dla uchodźców z Ukrainy. Gdy na koncercie białoruskiego rapera Maksa Korża na Stadionie Narodowym doszło do niewielkich incydentów, na drugi dzień służby deportowały na Ukrainę kilkadziesiąt osób.

Nawet w relacjach z USA Tusk zachowuje się sprytnie. Puszcza co prawda oko do własnego elektoratu, że jest świadomy deficytów Trumpa, ale na zewnątrz unika konfrontacji, mimo że Prezydent USA traktuje go z buta. Lider KO nie chce dawać prezentu prawicy, w tym głównie Nawrockiemu, pozwalając mu się prezentować jako jedyny kanał kontaktu Polski z USA. Tam, gdzie może, posyła Sikorskiego i Kosiniaka-Kamysza, którzy utrzymują co najmniej poprawne relacje z amerykańską administracją.

Prawicowy skręt Tuska widać nawet w relacjach z Niemcami. Oskarżenia prawicy o proniemieckość wyglądają dziś jak akt desperacji, a nie trzeźwej diagnozy. W relacjach z Berlinem nie widać szczególnej zażyłości ani z obecnym, ani poprzednim Kanclerzem. Tusk poruszał z Berlinem także kwestie historyczne. Można mu zarzucić, że domaganie się zadośćuczynienia za skutki II wojny światowej od Kanclerza Scholza było zagraniem na alibi, ale polityka prawicy w tym temacie była taka sama

Wstrzymana progresywna rewolucja

Najbardziej nieintuicyjna zmiana wystąpiła na polu sporów kulturowych. Kiedy wszystkim się wydawało, że Polskę czeka „zapateryzacja”, Tusk kazał wstrzymać konie, kiedy tylko pojawiły się już na rogatkach miasta. Lewica się wściekała, ale Premier był nieugięty.

Projekty aborcyjne wstrzymał co prawda PSL, ale trudno było odnieść wrażenie, że Tusk nie cieszył się z takiego obrotu sprawy. Przed swoimi może powiedzieć, że zrobił co mógł, a brak zmian obniża mobilizację prawicy. Oczywiście nie można pominąć w tym punkcie kwestii niesławnych wytycznych Ministerstwa Zdrowia de facto liberalizujących dostęp do aborcji, ale zrobiono to tylnymi drzwiami.

Taki scenariusz powtarzał się w różnych tematach. W efekcie nie ma ani aborcji na życzenie, ani związków partnerskich, ani przymusowej edukacji seksualnej. Nawet dość trywialna kwestia transkrypcji małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą napotykała problemy. Choć Tusk dał zielone światło to nie znaczy, że te pary uzyskają w Polsce te same prawa co małżeństwa.

Otwarta przyłbica

W powyższych wypadkach Tusk odgrywał rolę cichego hamulcowego. Jest jednak wiele obszarów, gdzie Tusk głosi prawicowe narracje z otwartą przyłbicą. Sam nie określa siebie wprost prawicą. Jednak w rzeczywistości obficie czerpie z jej diagnoz, idei, lęków i postaw.

Kluczowe pytanie brzmi – skąd taka strategia? Przecież Tusk takiej polityki w ostatnich latach nie tylko nie zapowiadał, ale i wcześniej takowej nie prowadził. Tymczasem na wielu polach jego druga kadencja jest bliższa rządom Zjednoczonej Prawicy niż swojej pierwszej kadencji.

Odpowiedź wydaje się oczywista. Jego polityka jest odpowiedzią na czasy w jakich przyszło mu rządzić. Ich istotą jest prawicowy „zeitgeist”. Prawicowy „wind of change” przetacza dziś cały Zachód i nie omija Polski.

Co ciekawe, nasz kraj jest w tym procesie „trendsetterem narodów”. Jako pierwszy (po Węgrzech) był rządzony przez rewolucyjną prawicę. Jako pierwszy przeszedł też proces politycznej restauracji.

Tusk zaakceptował nowe reguły gry. To odróżnia go od jego kolegów z partii zachodniego głównego nurtu, którzy nieskutecznie próbują ratować status quo.

Swoją drogą strategię Tuska zaczynają kopiować inni. Trudno nie odnieść wrażenia, że Donaldem Tuskiem zainspirował się nowy bohater liberalnych salonów Péter Magyar. Lider Partii Szacunku i Wolności wygrał, bo obiecał Węgrom dać to, co dawała antyliberalna prawica, ale jednocześnie bez kosztów, jakie ona generowała.

Polityka Tuska jest dowodem na wielkie metapolityczne zwycięstwo prawicy. Nie ma bowiem większego tryumfu niż ten, kiedy twój przeciwnik, aby Cię pokonać, musi mówić twoim językiem. Walka z prawicą odbywa się więc na jej boisku i warunkach. Tusk zrezygnował z własnej opowieści, uznając że w obecnych czasach nie ma ona szans przebicia.

Lider KO zorientował się, w Polsce mającej wojnę u granic i narażonej na hybrydowe zagrożenia bezpośrednio na jej terenie, dominującą emocją społeczną staje się powszechne poczucie strachu i lęku. To z kolei rodzi zapotrzebowanie na państwo twarde i bezkompromisowe. Państwo, które wchodzi w rolę surowego ojca, a nie troskliwej matki. W czasach zamętu i niebezpieczeństwa społeczeństwo oczekuje siły, autorytetu i ochrony, a nie empatii, różnorodności i równości.

Elektorat łyknie

Proces „prawicyzacji” liberalnego mainstreamu jest kluczowy zwłaszcza w kontekście tej grupy wyborców, o których toczy się cała polityczna walka. Chodzi o tę niewielką, ale kluczową część obywateli, która nie ma twardej politycznej tożsamości i która niczym ciecz przelewa się od jednej nowej formacji do drugiej.

To wyczucie jej potrzeb i emocji jest kluczowe, żeby wygrać wybory. Ten, kto ko zrobi, przechyli szalę na swoją korzyść. Tak jak w 2015 roku owo magmowe centrum – czy mówiąc prof. Flisem „tymczasowe ugrupowanie protestu” – zagłosowało na Kukiza przechylając szalę  w prawą stronę, tak w 2023 roku zagłosowało na Hołownię przechylając ją w drugą.

Donald Tusk był i jest świadomy, że następnym ruchem wahadła byłby ponowny prawicowy odpływ. Żeby oszukać ten mechanizm postanowił nie czekać i zagrać va banque. Skoro nie mógł zmienić praw historii i socjologii, postanowił się do nich dostosować.

Podjął się odważnej operacji, której nie rozumiała ani partia, ani żelazny elektorat. Zrobił to wbrew ich emocjom. Ani partia, ani elektorat decyzji tej głośno nie kontestowali, ale kierowali się zaufaniem do szefa, a nie do idei, które zaczął opowiadać.

Operacja ta nie byłaby możliwa, gdyby nie siła i autorytetu Tuska, zbudowanego na kanwie zwycięstwa 15 października. Nikt inni w obozie liberalnym nie dałby rady przeprowadzić aż tak daleko posuniętej politycznej transgresji. Mógł to zrobić jedynie ten, który wyprowadził libkowy lud z politycznej niewoli i przez Morze Czerwone przeprowadził do ziemi obiecanej.

Operacja ta była możliwa, bo Tusk wiedział, że jest jedynym na którego jego obóz może liczyć. Zdawał sobie sprawę, że „kurs na prawo” nie złamie tych, którym się to nie podoba. Skoro alternatywą jest Kaczyński, to na Tuska są i tak skazani.

Wyprawa na prawicowe łowy odbywa się więc z zabezpieczeniem lewicowych tyłów. Tusk korzysta z logiki polaryzacji, która nie daje koalicjantom żadnego manewru. Albo on albo PiS. Tertium non datur. Lider PO bezlitośnie to wykorzystuje. Dlatego nie stara się o względy osób, które i tam będą przy nim a poszukuje tych, o których trzeba realnie powalczyć.

Być może Tusk robiąc woltę na prawo zdawał sobie doskonale sprawę z jeszcze jednej okoliczności – powierzchowności progresywnej rewolucji. Po „Strajku kobiet” zapanowało powszechne przekonanie, że rewolucja się dokonała. Że prawo do aborcji, mniejszości seksualnych do miłości są czymś oczywistym i pożądanym. Oczywiście, odnosiło się to przede wszystkim do tzw. „uśmiechniętej” części Polski.

Książka Karoliny Olejak „Nienawidzę ich!” ujawnia jak progresywna powłoka jest cienka i jak duże pokłady nieliberalnych postaw się pod nią kryją. Progresywne hasła były wyciągane w czasach PiSu jako oręż politycznej walki. Kiedy przestały być potrzebne okazywało się, że dużo mniej ludzi za nimi tęskni niż się wydawało. Przechylając łajbę w prawo Tusk w rzeczywistości zaapelował do postaw, które tkwiły głęboko w wątrobie „uśmiechniętych” Polaków.

Polityczny kameleon

Zręczność Tuska nie jest niczym nowym. Jest to człowiek, który do takich operacji specjalnych ma szczególne predyspozycje.  I co ważniejsze niemałe doświadczenie.

Zaczynał przecież jako klasyczny liberał w Kongresie Liberalno-Demokratycznym. Gdy tworzył Platformę Obywatelską był już konserwatywnym-liberałem. Później, gdy Polska była zszokowana aferą Rywina zmienił kostium i wszedł w imaginarium prawicy antykomunistycznej. Ten etap trwał do czasów rządów PiS z lat 2005-2007, kiedy to zaczął budować wizerunek wzorowego Europejczyk walczącego ze wschodnim satrapą.

Ten etap pozytywistycznego modernizatora zakończył się wraz z ostatnimi wyborami parlamentarnymi. Po nich przyszedł czas na szeryfa, który zaprowadzi porządek w niespokojnych czasach i zapewni bezpieczeństwo. Nawet jeżeli kosztem będzie złamanie prawa. Dla części jego zwolenników jest to oczywiście zawód, ale większości nie, bo dla nich najważniejsze jest pytanie czyja Polska, a nie jaka Polska. Dlatego widać, że grupa rozczarowanych nie jest na tyle liczna i na tyle silna, aby tworzyć efektywną presję. Wypowiedzi jednego czy drugiego komentatora narzekającego pod nosem to koszt, który Tusk płaci w ciemno.

Bilans dodatni

Czy strategia Donalda Tuska jest skuteczna? Czy skręt na prawo się opłacił? Zdecydowanie. Średnie notowania KO są dziś najwyższe od czasów wyborów w 2023 r. (35% według Politico), a PiSu najniższe (24%).

Warto zauważyć też notowania samego premiera, które regularnie robi CBOS. Jeszcze we wrześniu 2023 notował on ledwie 29% zaufania. Dziś jest to już 44%. Wcześniej nieufność deklarowało 57%. Dziś to 44%. Z kolei odwrotny kierunek obrał największy rywal. We wrześniu 2023 r. Kaczyński notował 37% zaufania i 53% nieufności. Dziś zaufanie deklaruje 27%, a nieufność 58%.

Te wyniki nie są intuicyjne mając na uwadze kluczowy kontekst, jakim jest zła ocena rządu. Liczba zwolenników rządu jest dużo niższa od przeciwników, a proporcje te w czasie podlegają niewielkim wahaniom. Mając na uwadze jakość rządzenia – trudno się dziwić. Może dziwić jednak fakt, że nie przekłada się to na wzrost poparcia jego politycznej konkurencji.

KO nie udaje się co prawda przyciągnąć nowych wyborców (zadowala się konsumpcją koalicjantów), ale skutecznie demobilizuje tych, którzy mogliby odwrócić się w kierunku prawicy. Realizacja strategii PiS-u bez PiS-u rodzi u „przepływowych” wyborców pytanie o realną różnicę między koalicją i opozycją. A odpowiedź na to pytanie jest oczywista – nie jest ona duża.

Niska jakość rządzenia nie pozwala Tuskowi zyskiwać nowych wyborców. W tej sytuacji pozostaje mu pilnować, aby Ci nie zasilili konkurencji. W efekcie tej polityki wielu wyborców rozczarowanych rządem nie idzie do prawicy, ale na ławkę rezerwowych zasilając grupę niezdecydowanych.

I to już jest dużo. W sytuacji, w której o zmianie całego układu rządowego będą w 2027 roku decydować pojedyncze procenty, skuteczna demobilizacja części wyborców nienależących do żadnego z politycznych plemion, może być przesądzająca o tym, kto będzie rządził po następnych wyborach.

PiS bezradny

Strategia Tuska niesie dla prawicy, w tym szczególnie dla PiS-u, daleko idące konsekwencje. Kaczyński, póki co, nie potrafi adekwatnie zareagować na nową sytuację.

Jedną z kluczowych przyczyn spadających notowań jest niska wiarygodność zarzutów wobec obozu rządzącego. Partia Kaczyńskiego posługuje się bowiem narracjami, które nie przeszły aktualizacji oprogramowania. PiS robi z Tuska Niemca, liberała i kosmopolitę, ale to przekonuje już tylko przekonanych. Reakcja środowiska zgromadzonego wokół Jarosława Kaczyńskiego zdaje się pokazywać, że partia nie rozumie źródła problemu.

Pułapka zastawione przez Tuska okazuje się skuteczna. Zbliżenie narracji obydwu partii powoduje, że  PiS próbuje zaostrzać retorykę.  Jednak to skutkuje jedynie pustym radykalizmem. PiS macha rękami z całych sił, ale wali na oślep. Brak efektów powoduje dalsze zaostrzenie przekazu, które wciąż niczego nie zmienia. PiS przegrywa, nie dlatego, że ciosy były zbyt słabe, ale dlatego, że są niecelne. Atakuje starymi skryptami, które nie pasują do dzisiejszej rzeczywistości. W efekcie nieprzekonana do Tuska grupa nie przekonuje się też do PiS. Ma poczucie nieadekwatności oskarżeń, zarówno w tonie, jak treści.

Strategia Tuska spowodowała, że realnie to, co różni dziś PiS od KO to… stosunek do samego Tuska i jego koalicji. PiS staje się głównie antyTuskiem, bo wszystko to, co ma programowo do zaprezentowania albo nie różni się specjalnie od oferty KO, albo narracyjnie ginie pod radykalnym antytuskowym przekazem.

Te błędy PiS-u dały wiatr w żagle obu Konfederacjom. I popchnęły partię Kaczyńskiego do wypływających coraz częściej na zewnątrz wewnętrznych sporów. Nie byłoby ich na taką skalę, gdyby nie strategia Tuska. Mylna jest teza, że wyborcy od PiS-u odpłynęli, bo ten jest zbyt mało radykalny. Wyborcy odchodzą, dlatego partia Kaczyńskiego jest po prostu za słabo… odróżnialna.

Drogą wyjścia z problemów PiS-u musi być polityka dużo bardziej finezyjna. Naga siła i jedność nie wystarczą. Żeby odzyskać inicjatywą partia musi rywalizować z Tuskiem inteligentniej. Nie wystarczy zmasowany atak artylerii i taktyka frontalnego szturmu.

Kaczyński i spółka muszą lepiej studiować logikę przeciwnika, by uczyć się tego co działa, wykorzystywać słabości, adaptować się do terenu. PiS musi uczyć się od Tuska, tak jak on sporo nauczył się od PiS.

Kaczyński żeby wygrać nie powinien walczyć o każdą piędź ziemi i wdawać się w jałowe ataki, ale zajmować strategiczne przyczółki. Na zmianę strategii nie jest za późno, ale póki nie widać, żeby partia była do niej w ogóle była gotowa. Dlatego w wyborach w 2027 roku może czekać ją spore rozczarowanie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.