
Generał, który w imieniu Piłsudskiego przeprowadził zamach majowy, a w młodości sympatyzował z endecją. Wojskowy, który w rosyjskim mundurze strzelał do żołnierzy komendanta, a potem został zastępcą dowódcy kawalerii I Brygady Legionów. Wreszcie człowiek, który dorastał w Częstochowie, a ostatnie lata swojego życia związał z Gdynią. Gustaw Orlicz-Dreszer należy do tych bohaterów historii, których życie, choć krótkie, było barwne od stóp do głów. Nawet jego śmierć, jakkolwiek to brzmi, była wyjątkowa: generał zginął w katastrofie samolotu, którym leciał nad Bałtykiem, aby w ten sposób powitać swoją żonę, wracającą statkiem ze Stanów Zjednoczonych.
Od rosyjskiego huzara do kawalerzysty Piłsudskiego
uważam go za godnego podziwu bohatera narodowego
43%
miał zasługi, choć nie ze wszystkimi jego działaniami się zgadzam
14%
dostrzegam zarówno jego zalety, jak i poważne wady
16%
budzi u mnie więcej zastrzeżeń niż uznania
7%
nie postrzegam go jako postaci godnej szczególnego szacunku
20%
Żołnierz Legionów Polskich, generał dywizji Wojska Polskiego, prezes Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej – tę wyliczankę tytułów Gustawa Orlicza-Dreszera można by jeszcze kontynuować, tylko po co? Lepiej przybliżyć historię człowieka, którego los przywiódł z Częstochowy do Gdyni.
Choć znany dziś jako stuprocentowy piłsudczyk, za młodu bliżej mu było do… endecji. Dlaczego? Z przyczyn rodzinnych: ojciec najpierw związał się z podziemną Ligą Narodową, a później postawił na legalne, ale również prawicowe Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe. Gustaw kontynuował tę świeżą tradycję w ramach konspiracyjnego Związku Młodzieży Polskiej „Zet” (powiązanego z Ligą Narodową).
Po tym jednak, jak przywódca endecji, Roman Dmowski, zacieśnił współpracę z władzami rosyjskimi w obliczu nadchodzącej wojny europejskiej, „zetowcy” zdecydowali się na niezależność wobec narodowców.
Wraz z nimi Dreszer (Orlicz to już pseudonim legionowy), który w 1911 roku w Warszawie uczestniczył nawet w wiecu piętnującym Dmowskiego.
Stąd już historyczna autostrada do obozu Józefa Piłsudskiego? Wcale nie, co więcej, I wojnę światową Gustaw rozpoczął w mundurze rosyjskim i strzelał do podkomendnych polskiego przywódcy!
Jakim cudem został więc jednym z najbardziej zaufanych ludzi Komendanta? Na froncie znalazł się jako żołnierz 14. pułku huzarów i w sierpniu 1914 roku, niedaleko Kielc, jego oddział wymienił ogień ze strzelcami przyszłego Marszałka. Już wtedy ciągnęło go na drugą stronę, a gdy musiał z bliska oglądać mord strzeleckiego zwiadowcy (a zarazem młodziutkiego skauta), który wpadł w ręce Rosjan, podjął decyzję. Przez zamuloną rzekę Nidę, wśród fruwających na prawo i lewo pocisków, przeprawił się do Polaków i już z nimi został. Na dobre i na złe.
Nim do tego doszło, Dreszer odbył pierwszą rozmowę z Piłsudskim. Odważnie stanął przed późniejszym Naczelnikiem Państwa i oświadczył, że chce służyć w piechocie – wszak to w niej leży klucz do zwycięstw na współczesnym polu bitewnym.
Komendant miał wobec Gustawa inne plany i, głosem nieznoszącym sprzeciwu, oświadczył: „Pójdziecie do kawalerii”. W tej sytuacji nie było pola do dyskusji i nasz bohater trafił w kawaleryjskie szeregi podległe słynnemu Władysławowi Belinie-Prażmowskiemu.
Człowiek Piłsudskiego od zadań wojskowych i politycznych
Początki były trudne, jak wspominał: „Nasze siodła angielskie, nasze mundury, pomieszane z ubraniami cywilnymi, nasze uzbrojenie mocno nieszczególne, nasze konie wreszcie nieujeżdżone należycie, a na których pędziliśmy zazwyczaj środkiem gościńca, nie oszczędzając ich zanadto – wszystko to nadawało nam fizjognomię raczej grupki rezolutnych powstańców-wywiadowców niż ułanów mogących się odwołać do tradycji placu Saskiego”.

Niemniej, kolejne miesiące i lata to kolejne szczeble w karierze – od dowódcy plutonu po zastępcę dowódcy kawalerii I Brygady (czerwiec 1915). Awansom towarzyszył coraz bliższy dostęp do Piłsudskiego, aż wreszcie Orlicz-Dreszer stał się jego człowiekiem nie tylko od zadań wojskowych, ale i politycznych.
Przykład? Proszę bardzo: nasz oficer odbywał liczne misje na terenie Królestwa Polskiego, których celem było dotarcie do ludzi z przeróżnych środowisk i przekazanie im instrukcji od Komendanta. W wolnej Polsce cieszył się już bardzo wysoką pozycją w generalicji (został generałem w 1924 roku), zwłaszcza tej sympatyzującej z Marszałkiem. To on stał na czele grupy kilkuset oficerów, którzy w listopadzie 1925 roku zebrali się w Sulejówku i w ich imieniu deklarował bezwarunkowe posłuszeństwo Piłsudskiemu słowami: „Niesiemy Ci nie tylko wdzięczne serca, ale i pewne, w zwycięstwach zaprawione, szable”.
Wreszcie, podczas przewrotu majowego to on dowodził zbuntowanymi wojskami, wiernymi byłemu naczelnemu wodzowi. Jak tłumaczył jeden z piłsudczyków, „Komendant robił w maju tylko Dreszerem i Beckiem [Józefem, późniejszym ministrem spraw zagranicznych]” .
Orlicz-Dreszer w Polsce, Orlicz-Dreszer w Brazylii
Jak majowy zwycięzca został wilkiem morskim? Już przed 1926 rokiem zdradzał zainteresowanie sprawami morskimi i popierał budowę portu w Gdyni. „Miasto z morza” miało odesłać na śmietnik historii stare, sarmackie hasło „może nie wiedzieć Polak, co to morze, gdy pilnie orze”. Obywatel II RP miał zaś nie tylko wiedzieć, czym jest Bałtyk, ale i działać na rzecz rozwoju Polski jako państwa rzeczno-morskiego.
W tym kontekście Gdynia stawała się symbolem tych ambicji, naszym drugim, poza Gdańskiem, „oknem na świat”. A, jak potwierdzi każdy okulista, lepsze dwoje oczu niż jedno. Odłóżmy jednak żarty na bok i wróćmy do Orlicza-Dreszera: odkąd w 1930 roku stanął na czele Ligi Morskiej i Kolonialnej (LMiK), mógł przekuć swoje poparcie dla idei „Polska bałtycka i nie tylko” w czyny.
Generał nie marnował czasu: w 1931 roku opracował program Ligi, który dobrze pokazuje rozmach, z jakim miała działać organizacja. Głosił on, że dzięki LMiK „najszersze warstwy społeczeństwa mają możność wypowiedzenia i wykazania swych dążeń w stosunku do wszystkich spraw związanych z wybrzeżem morskim i jego obroną, morzem, portami, żeglugą, regulacją rzek, budową kanałów, wyzyskiwaniem naturalnych spadków wód, meljoracją mokradeł, ekspansją zamorską, emigracją, kolonizacją, życiem Polaków za oceanem, handlem zamorskim, sprawami kolonjalnemi etc.” Wszystko to prowadziło ku jednemu celowi – metamorfozie Polski „z państwa europejskiego w państwo światowe – wzorem innych wielkich narodów”.
Rzeczywistość dość brutalnie obeszła się z tymi zamiarami. Niewiele wyszło z planów „podboju” Madagaskaru poprzez polskich migrantów, mimo że na wyspę wybrała się nawet specjalna, 3-osobowa delegacja z byłym adiutantem Józefa Piłsudskiego w składzie, Mieczysławem Lepeckim.
Z kolei ofensywa Ligi, podjęta w Ameryce Południowej ograniczyła się do zakupu 30 tys. hektarów w brazylijskim stanie Parana. Miały tam powstać dwie osady: „Morska Wola” i…”Orlicz-Dreszer”. Tak, nasz bohater miał się doczekać (pośmiertnie) miejscowości nazwanej jego imieniem po drugiej stronie Atlantyku.
Projekt nie przeszedł jednak nigdy w fazę realizacji, nie ruszyły nawet prace budowlane, których finałem miały być domy i budynki gospodarcze dla Polaków. Tylko na terenie drugiej z planowanych osad przystąpiono do działania i postawiono pierwsze gospodarstwa. Problem w tym, że więcej osób wolało rocznie odwiedzić Morskie Oko niż zamieszkać w Morskiej Woli.
Orlicz-Dreszer zdawał sobie sprawę ze słabości gospodarczej Polski i sąsiadowania z dwoma totalitarnymi mocarstwami. W związku z tym międzynarodowe projekty osadnicze, choć efektowne, stanowiły fragment działalności Ligi Morskiej i Kolonialnej. Jej prezes kładł również nacisk na nawiązywanie kontaktów z Polonią, domagał się rozbudowy marynarki wojennej i floty handlowej, wreszcie popierał tworzenie transatlantyckich linii komunikacyjnych.
A co z jego związkami z Gdynią? – zapyta uważny czytelnik Trojmiasto.pl. Gustaw bywał w niej regularnie, uczestnicząc w otwarciu portu (1933), ale także i w corocznych obchodach Święta Morza. Jemu przypisuje się także słowa: „Gdynię [należy] ubrać w las masztów, które mają nieść polską banderę po wszystkich morzach i oceanach świata”.Samolot z Orlicz-Dreszerem wpadł do morza
Po raz ostatni Orlicz-Dreszer świętował obecność Polski nad Bałtykiem w Gdyni w czerwcu 1936 roku. Niecałe trzy tygodnie później, 16 lipca generał wsiadł w Grudziądzu na pokład samolotu RWD-9 i, wraz z kapitanem (pilot) Aleksandrem Łągiewskim i podpułkownikiem Stefanem Lothem (w przeszłości selekcjonerem reprezentacji Polski w piłce nożnej), wyruszył w lot ku Wybrzeżu. Krążąc nad wzburzonym Bałtykiem, zamierzał w tak oto widowiskowy sposób powitać statek, którym z USA wracała do kraju jego żona, Elwira. Statek, dodajmy, o jakże wymownej nazwie – „Piłsudski”. Niestety, gdy Dreszer i jego towarzysze znajdowali się na wysokości Orłowa, około kilometra od brzegu, maszyna odmówiła posłuszeństwa. RWD-9 spadł do morza i choć do akcji ratowniczej niemal natychmiast przystąpiły, płynące nieopodal, statki „Falke” i ORP „Rybitwa”, nikt z lecących nie przeżył.

Lekarze stwierdzili, że generał zginął na miejscu wskutek pęknięcia namiotu móżdżkowego (część opony twardej mózgowia). Medycyna nie mogła dać jednak odpowiedzi na pytanie o przyczynę katastrofy. Błąd pilota? Awaria samolotu? Warunki atmosferyczne (w tych dniach wiatr miał osiągać w Zatoce Gdańskiej prędkość nawet 100 km/h)? A może zamach?
Ten ostatni wydaje się mało prawdopodobny, bo choć Orlicz-Dreszer miał na pieńku z Niemcami i wielokrotnie przestrzegał przed agresywną polityką Hitlera i reszty nazistów, relacje polsko-niemieckie układały się wówczas nadzwyczaj dobrze. Berlin nie miał interesu w tym, aby nastawać na życie, choć dość wysoko postawionego, to jednak nie pierwszoplanowego wojskowego.
Jeszcze bardziej absurdalne wydają się sugestie, że za tragedią stał ktoś z obozu piłsudczykowskiego. Choć nasz bohater nie zawsze zgadzał się z decyzjami rządzącego tercetu Mościcki – Rydz-Śmigły – Beck, utrzymywał z panami poprawne relacje.
Jeśli zatem nie sabotaż, to co? Tego nie wiemy i prawdopodobnie już się nie dowiemy. Pewne jest za to, że jak głosi encyklopedyczna notka, „pogrzeb generała odbył się w kościele na Oksywiu i jego pochówek dał początek nowemu cmentarzowi marynarskiemu”. Marynarze usunęli drzwi z kościoła, by wnieść trumnę
Informacja ta jest jednak wygładzona do ostatniej litery i nie porusza tego, co miłośnicy historii lubią najbardziej: niewygodnych, za to ciekawych faktów. Tych zaś w kontekście ostatniej drogi Orlicza-Dreszera nie brakowało, by wspomnieć tylko sprzeciw proboszcza oksywskiej parafii wobec obecności trumny w świątyni. Księdzu nie podobało się, że w kościele ma spocząć, choćby i na godzinę, oficer, który dla nowej miłości unieważnił swoje małżeństwo (Elwira była jego drugą żoną).
Nie pomogła nawet interwencja kapelana polskiej marynarki, komandora Władysława Miegonia. Proboszcz zapowiedział, że wojskowi mogą ustawić ciało nawet centymetr od wejścia, a ono i tak pozostanie zamknięte.
Póki więc dostęp do budynku był zablokowany, mowy o mszy pogrzebowej nie było. A gdyby nieszczęsne drzwi po prostu usunąć? – w końcu najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Tak się też stało i w dniu pochówku generała grupa marynarzy zrealizowała akcję godną dobrego filmu sensacyjnego. Przed kościołem zaparkowała bowiem ciężarówka, z niej wyskoczyli panowie w mundurach i szybko zdemontowali niechcianą przeszkodę. Wojsko – proboszcz 1:0 i w tych okolicznościach duchowny nie miał innego wyjścia, jak wpuścić trumnę do środka. Po zakończeniu uroczystości drzwi wróciły na swoje miejsce, a Orlicz- Dreszer spoczął na Cmentarzu Marynarki Wojennej na Oksywiu.
„Lubił popić i zabawić się, ale umiał pracować”
W pogrzebie uczestniczyli najwyżsi dostojnicy państwowi, m.in. prezydent Ignacy Mościcki i Generalny Inspektor Sił Zbrojnych, niebawem marszałek, Edward Rydz-Śmigły. Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski pożegnał naszego wojskowego słowami: „Ten […] dowódca świetny, żadnej nie zostawił materialnej schedy, jak prawemu Żołnierzowi przystoi, ale nosił on w sercu skarb nieprzebrany, skarb miłości do Ojczyzny, energii i pracy”.
Trafniejsza wydaje się jednak charakterystyka Orlicza-Dreszera, pochodząca od innego generała, Zygmunta Szyszki-Bohusza. Jak zapisał, „[będąc] kawalerzystą z krwi i kości miał [on] temperament i fantazję, lubił popić i zabawić się, ale umiał pracować wytrwale i solidnie, kiedy było trzeba, a co najważniejsze miał bystry i bardzo jasny umysł”. Taki to był oficer…
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: „Generał zginął w wodach Bałtyku” Michała Lipki, „Gustaw Orlicz-Dreszer (1889-1936)” Przemysława Olstowskiego, „Gustaw Orlicz-Dreszer: żołnierz Komendanta, Strażnik Morza” Aleksei’a Rogozina, „Kolonializm i nowoczesność. Liga Morska i Kolonialna w II Rzeczypospolitej” Andrzeja Szczerskiego i „Józef Piłsudski. Rzecz o nieprzeciętności” Mariusza Wołosa.