Maciej Trąbski: Iga w pierwszym secie meczu z Martą Kostiuk wygrała jedną akcję po pierwszym serwisie i jedną po drugim serwisie — a potem, mecz po meczu, wszystko zaczęło się układać. Tak dobrze, że ostatecznie Iga wygrała cały turniej. Jak to wyjaśnić?

Tomasz Wolfke: Tenis jest niezwykle trudną grą, a serwis jest w nim najtrudniejszym uderzeniem. To tylko tak ładnie wygląda, jak ktoś umie dobrze serwować. Wówczas to jest piękny, harmonijny ruch. Ale to uderzenie trochę mistyczne.

Zawsze się z tego śmieję, bo jestem tenisistą amatorem od pięćdziesięciu lat i cały czas mam ten serwis raz lepszy, raz gorszy. A pewnie z milion razy w życiu zaserwowałem. Więc rozumiem, że można raz serwować lepiej, raz gorzej.

W finale serwowała bardzo dobrze. Wygrywała mnóstwo piłek po pierwszym podaniu, praktycznie była nie do ugryzienia. Nie wiem, czy Rybakina miała w ogóle jakiegoś breakpointa. Natomiast za chwilę może się przydarzyć mecz odwrotny — że będzie się z tym serwisem, mówiąc w cudzysłowie, borykać, walczyć z nim sama ze sobą. To jest w tenisie nieuniknione. Nawet takie automaty serwisowe jak Hubert Hurkacz. Mieliśmy ostatnio jego mecz, w którym miał meczbole przy własnym podaniu i przegrał. Na tym polega piękno tego sportu.

Jestem bardzo zadowolony, bardzo uradowany tym, że Iga wreszcie wróciła na dobre tory. Zajęło to prawie rok, tak naprawdę.

Ale chcę być dobrze zrozumiany, bo zawsze mi na tym zależy. Ja jestem krytykiem Igi Świątek — to nie znaczy, że jej źle życzę. Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że konstruktywna krytyka jest motorem postępu, i bardzo bym chciał, żeby ona się w tę krytykę wsłuchiwała. Wiem, że różnie z tym bywa, bo w emocjach może pomyśleć, że jest hejtowana albo że krytykujemy ją, bo jej zazdrościmy. A tak nie jest.

W dalszej części rozmowy Tomasz Wolfke porównuję Igę Świątek do Adama Małysza, wskazuje klucz do sukcesu Polki w Toronto i przewiduje, co może czekać ją w kolejnych turniejach.

Życzymy jej bardzo dobrze, bo jest najlepszą polską sportsmenką w historii — obok Ireny Kirszenstein-Szewińskiej. Musielibyśmy odejść od zdrowych zmysłów, żeby jej nie lubić albo ją hejtować. Krytykujemy ją dlatego, że chcemy, żeby grała lepiej, jak najwięcej wygrywała i wróciła do pozycji dominatorki.

Jeden turniej wiosny nie czyni?

Pewnie nie, ale i tak jest już dużo lepiej, bo wreszcie udało się zagrać nie dwa czy trzy dobre mecze, tylko sześć. Niezwykle cieszy mnie to, że wraca ta stara, dobra Iga — która popełniała jednocyfrową liczbę błędów niewymuszonych w secie. To zawsze imponowało i to zawsze jest kapitalny wskaźnik formy tenisisty. U niej to był stempel firmowy.

Wielka zmiana u Igi Świątek. „Przełamała niemoc”

Wróciły też te wyniki, których nie widzieliśmy od dawna.

W czasach, gdy była dominatorką, ogromną część setów wygrywała 6:0. Teraz wygrywa 6:1, 6:2 z najlepszymi tenisistkami świata. Przełamała tę niemoc, którą z nimi miała.

A pamiętajmy, że w historii całego tenisa Iga jest zawodniczką numer pięć, jeśli chodzi o skuteczność w meczach z rywalkami z pierwszej dwudziestki rankingu. Będąc liderką, łomotała je wszystkie — jak chciała i kiedy chciała. W przekroju całej kariery ma bardzo pozytywne bilanse z najgroźniejszymi rywalkami. Właściwie ma pozytywne wszystkie, bo z tymi słabszymi przegrywała raz na kilka lat. Ta porażka z Ealą w zeszłym roku była chyba pierwszą w jej karierze z zawodniczką spoza pierwszej setki.

A co poza statystykami? Co się zmieniło na korcie?

Moim zdaniem odjęła dziesięć, dwadzieścia procent z siły swoich uderzeń na rzecz precyzji. Wreszcie zrozumiała, że można wygrywać, nie waląc z całej siły.

To akurat pokrywa się z tym, co sama mówiła. W zeszłym roku na WTA Finals w Arabii Saudyjskiej wspominała, że w kolejnym sezonie chce mniej startować, więcej trenować i złapać dystans. A w Stuttgarcie mówiła mi, że chce się na nowo nauczyć cierpliwości w wymianach — nie grać tak płasko jak za Fissette’a, wrócić do rotacji i topspina. Wydaje się przy tym bardziej świadoma, bardziej zdecydowana.

Ewidentnie tak jest. Cała moja ponad czterdziestoletnia kariera dziennikarska i przeżywanie tego wszystkiego razem z wielkimi gwiazdami polskiego sportu — jak miały osiemnaście lat, dwadzieścia pięć, trzydzieści — pokazuje, że oni po prostu dojrzewają. Najlepszy przykład to Małysz. Dwudziestoletni Małysz i trzydziestodwuletni Małysz to dwóch zupełnie różnych ludzi.

I z większością tak jest. Trzeba pamiętać, że okres między siedemnastym a dwudziestym piątym rokiem życia to w życiu każdego człowieka niesamowity czas dojrzewania. Zawodowy sportowiec robi wtedy karierę, ale zwykły człowiek kończy studia, żeni się, ma już często dziecko, wychodzi z domu, wyfruwa z gniazda. To wszystko są czynniki, które powodują dojrzewanie. U Igi w sposób naturalny też tak jest.

Wszystkie jej wypowiedzi i wszystkie rozmowy z nią, których kilka w życiu miałem, świadczą o tym, że to naprawdę inteligentna osoba. Wrażliwa, empatyczna — a z drugiej strony z instynktem killera, bardzo chcąca wygrywać. Czasami spalana przez własne nadmierne oczekiwania, o czym zresztą sama kilka razy mówiła. Z całą pewnością wartościowy człowiek. A jeżeli dojrzewa, to może jej to tylko pomóc. Nie widzę powodu, dla którego miałoby jej to w czymkolwiek przeszkadzać.

Czyli dojrzałość zamiast siły.

Miejmy nadzieję, że jest w stanie sama sobie dać po łapach, żeby nie walić z całej siły cały czas. I dajmy jej już spokój, nie czepiajmy się, że jest niepewna na wolejach. Jeżeli potrafi świadomie, na zimno zagrać w meczu z Rybakiną, z Kostiuk czy ze Switoliną — z zawodniczkami, które w ostatnich kilkunastu miesiącach były od niej lepsze — to bardzo dobrze.

Podobało mi się też to, co widziałem jeszcze przed finałem: że po prostu się cieszy. Z zawodniczkami, z którymi będzie sobie wygrywała jedną ręką, to jedno. Ale z tymi najlepszymi, z którymi ostatnio miała gorzej, również to zobaczyłem.

Rok temu przed Wimbledonem było podobnie. Nikt nie zakładał, że go wygra. Nikt o zdrowych zmysłach nie powiedziałby, że ona jedzie do Londynu po tytuł. I to też jest w niej bardzo fajne.

Iga Świątek w nowej rzeczywistości. Tego możemy się po niej spodziewać

Mamy teraz taką drugą, nową wersję Igi?

Przez dwa lata mieliśmy Igę żelazną, w stu procentach pewną, łojącą wszystko i wszystkich. Do końca życia będę pamiętał ten turniej w Cancun, gdzie wszystkie zgrzytały zębami i płakały, a ona wychodziła na kort i je miażdżyła. Trzydzieści siedem meczów wygranych z rzędu. To jest pół roku grania bez porażki, nawet więcej. Coś ekstremalnego. Już wtedy zresztą mówiło się, że powtórzenie tego będzie niezwykle trudne.

A teraz mamy inną Igę, która raz gra lepiej, raz gorzej. I wróciły w związku z tym innego rodzaju emocje — strasznie się cieszymy, kiedy wygrywa, i bardzo martwimy, kiedy przegrywa. Ale one też są fajne, bo są takie ludzkie. Nie mamy do czynienia z robotem, tylko z dziewczyną, która ma prawo się zdenerwować, mieć swoje fochy, swoje lepsze i gorsze dni.

Czego można się teraz spodziewać?

Wciąż będziemy się zastanawiać, kto wygra — będzie mecz Kostiuk ze Świątek, która z nich? A zapominamy o najprostszej recepcie: wygra ta, która będzie w lepszej dyspozycji dnia. Bo sportowo różnią się o jeden procent. Obie są świetnie przygotowane fizycznie, obie umieją grać w tenisa, obie chcą wygrać, obie mają motywację, obie są młode, zdrowe i silne. Powiesz: Iga ma większe doświadczenie — dobrze, dasz jej pięćdziesiąt jeden do czterdziestu dziewięciu. Ale tak naprawdę zadecyduje dyspozycja dnia.

Za chwilę w Cincinnati Iga może odpaść w drugiej czy trzeciej rundzie. Oby nie. Mam nadzieję, że ta stabilizacja wróciła i że będzie to stabilizacja nie na sześć meczów, tylko na sześć turniejów. Gdyby do końca sezonu grała na najwyższych obrotach, byłoby kapitalnie. To bardzo możliwe — chociaż troszeczkę jest w tym z mojej strony taka patriotyczna życzeniowość.

„Nie mamy do Igi żadnego dostępu i wróżymy z fusów”

Czy to nie jest tak, że my jako naród dopiero teraz się przebudziliśmy z docenieniem Igi? Nie jesteśmy narodem tenisowym, a moim zdaniem nawet nie bardzo sportowym. Te kosmiczne sukcesy zaczęły docierać do świadomości kibiców w momencie, kiedy ich zabrakło i trzeba było poczekać na kolejne.

Masz tutaj rację. Jesteśmy narodem „śledzienników”. Zawsze będziemy raczej szukali dziury w całym i widzieli szklankę do połowy pustą niż do połowy pełną. Taki jest nasz charakter. Mimo że żyjemy w kraju z czołówki światowych gospodarek, który przez ostatnie dwadzieścia lat rozwinął się najbardziej na świecie, dalej narzekamy i nie potrafimy się cieszyć tym, co mamy. W sporcie też. Brutalna prawda jest przy tym taka, że akurat w sporcie w tej czołówce nie jesteśmy. Wystarczy popatrzeć na bilanse medalowe igrzysk czy na poziom naszej piłki nożnej. Gdyby nie siatkówka, nasze gry zespołowe to tragedia. W sportach indywidualnych, gdyby nie Iga Świątek, też szału nie ma.

Jako dziennikarz starej daty pamiętam, gdy rozmawiało z zawodnikami, trenerami, sędziami i działaczami jak równy z równym. My do Igi nie mamy dostępu. Tak naprawdę żadnego. No i robi się z tego paranoja. Bo my jesteśmy — mówiąc górnolotnie — czwartą władzą, a mniej górnolotnie przekaźnikiem między elitami politycznymi, sportowymi czy kulturalnymi a społeczeństwem. I z tego przekazu nic nie wynika, bo obracamy się w szklanej kuli. Wróżymy z fusów, bo nie mamy danych.