„Lena, córka Zelwera” Barbary Osterloff, biografia wydana przez Teatr Wielki – Opera Narodowa i Muzeum Teatralne. Pisze Wiesław Kowalski.


fot. mat. teatru

Są biografie, które przywracają pamięci postać zapomnianą.
Są też takie, które robią coś więcej: każą nam na nowo spojrzeć na epokę,
środowisko i cały system wartości, w którym żył ich bohater. „Lena, córka
Zelwera” Barbary Osterloff należy, moim zdaniem, do tej drugiej kategorii. To
pierwsza biografia Heleny Zelwerowicz-Orchoń, a zarazem książka o polskim
teatrze pierwszej połowy XX wieku, o wojnie, emigracji i cenie, jaką płaci się
za wierność własnym przekonaniom. Jej szczególną wartość stanowi fakt, że nie
próbuje dopisywać Lenie wielkości na siłę. Przeciwnie: pozwala jej pozostać
człowiekiem teatru, którego znaczenie wyrasta przede wszystkim z konsekwencji,
pracowitości i charakteru. Osterloff korzysta przy tym m.in. z niepublikowanej
korespondencji, relacji oraz rozmów prowadzonych przez lata z bohaterką.

Najbardziej poruszający paradoks tej historii tkwi już w
nazwisku. Helena była córką Aleksandra Zelwerowicza — jednej z wielkich postaci
polskiego teatru — i niemal całe życie próbowała znaleźć dla siebie miejsce
poza jego cieniem. Nie chciała korzystać z przywileju nazwiska. Jej ojciec
zresztą, zamiast otwierać przed nią wszystkie drzwi, bywał wobec niej surowym,
a nawet bezwzględnym pedagogiem. Wymagał więcej, krytykował, nie ułatwiał
kariery. Ten rodzinny konflikt okazuje się jednym z kluczy do całej biografii:
Lena musiała nieustannie dowodzić, że jej obecność w teatrze nie jest
rezultatem ojcowskiej protekcji.

Osterloff nie upraszcza tej relacji. I właśnie dlatego
wypada ona tak wiarygodnie. Aleksander Zelwerowicz nie jest tu ani tyranem, ani
pomnikowym ojcem. Jest człowiekiem skomplikowanym, który chciał dla córki
innego życia, a jednocześnie wyposażył ją w narzędzia, dzięki którym mogła stać
się samodzielną artystką. Paryż i nauka u Aleksandry Exter, podróże teatralne,
kontakt z różnymi tradycjami sceny — wszystko to poszerzało jej horyzont.
Helena szybko zrozumiała, że teatr jest sztuką zespołową i rzemiosłem wymagającym
ogromnej pracy. To przekonanie pozostało z nią do końca.

I właśnie tutaj książka Osterloff nabiera dla mnie
szczególnej wartości. Nie opowiada o teatrze jako świecie gwiazd. Pokazuje go
od strony pracy. Od prób, objazdów, biedy, przenoszenia dekoracji, zdobywania
publiczności, występów w miejscach, które trudno byłoby nazwać teatralnymi.
Wileński Teatr Objazdowy, z którym związana była Lena i Józef Orchoń, jawi się
jako niezwykła szkoła praktycznego idealizmu. Aktorzy podróżowali w bardzo
trudnych warunkach, a przedstawienia musiały być dostosowane do możliwości niewielkich
scen i skromnego zaplecza.

To właśnie w tych fragmentach szczególnie mocno odczuwa się,
czym był dla bohaterki zawód aktora. Nie prestiżem. Nie czerwonym dywanem.
Nawet niekoniecznie sukcesem. Był służbą wobec widza. Wspomnienia Leny o
publiczności w małych miejscowościach pokazują ludzi, którzy naprawdę czekali
na teatr. W tym sensie książka dotyka sprawy dzisiaj niemal zapomnianej:
przekonania, że przedstawienie ma sens także wtedy, gdy nie odbywa się w
centrum kulturalnego świata, lecz w miejscu odległym, biednym i pozbawionym teatralnej
infrastruktury.

Osterloff bardzo umiejętnie wydobywa z biografii ten wymiar
etyczny. Helena nie jawi się jako artystka genialna. Sama zresztą konsekwentnie
odmawiała sobie takiego statusu. Materiał zawarty w książce pokazuje raczej
osobę wszechstronną, dobrze przygotowaną, rzetelną i niezwykle pracowitą:
aktorkę, reżyserkę, scenografkę, pedagożkę, osobę zaangażowaną w życie
teatralne.

I paradoksalnie właśnie brak legendy o geniuszu czyni tę
postać tak fascynującą. W świecie, w którym pamięć artystyczna chętnie
zatrzymuje się przy nazwiskach największych, Osterloff przypomina, że teatr
tworzą również ci, którzy przez całe życie pozostają „pracownikami sceny”. Ich
dorobek może być mniej efektowny, ale bez nich teatr nie istnieje.

Najmocniejszą partią książki jest jednak wojna. Helena nie
tylko uczestniczyła w konspiracyjnym życiu teatralnym, lecz także pomagała
osobom prześladowanym przez Niemców. Ukrywanie Żydów było działaniem
wymagającym nie odwagi deklarowanej, lecz codziennego ryzyka. Za tę działalność
została uhonorowana wraz z ojcem medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Co znamienne, również tutaj Osterloff unika patosu. Sama
Lena pomniejszała własne zasługi. Nie budowała wokół siebie pomnika. Ta
skromność nie osłabia jej bohaterstwa — przeciwnie, czyni je bardziej
przejmującym. W jej przypadku odwaga nie była elementem autokreacji. Wynikała z
charakteru.

Wojna kończy także pewien świat polskiego teatru. Lena
przechodzi przez Powstanie Warszawskie, niewolę, obozy Sandbostel i Oberlangen,
a potem rozpoczyna życie emigracyjne. I znowu teatr okazuje się czymś więcej
niż zawodem. Nawet w obozowych warunkach pojawiają się przedstawienia. Po
wyzwoleniu teatr powraca jako narzędzie odbudowy wspólnoty. W Recanati Lena
przygotowuje „Śluby panieńskie”, pracuje w Teatrze II Korpusu, później działa w
Londynie.

A potem następuje Nowy Jork — i jedna z najbardziej gorzkich
części tej historii. Po śmierci męża Lena wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Jej
zawodowa droga w teatrze praktycznie się kończy. Pracuje jako tłumaczka,
urzędniczka, bibliotekarka. A jednak teatr w niej nie umiera. Wraca do niego w
działalności polonijnej, w pracy dramaturgicznej, w recytacji, w programach
artystycznych. Jej ostatni występ odbywa się w 1997 roku, rok przed śmiercią.

Ten finał nadaje całej książce szczególną melancholię. Lena
nie doczekała wielkiej kariery, na którą być może liczyła młodość. Nie stała
się postacią pierwszego planu historii polskiego teatru. Ale przeżyła życie w
zgodzie z tym, co uważała za najważniejsze. I może właśnie dlatego książka
Osterloff nie jest opowieścią o przegranej karierze. Jest opowieścią o
zwycięstwie pewnego rodzaju charakteru.

Warto też docenić metodę autorki. Osterloff znała swoją
bohaterkę osobiście, rozmawiała z nią przez lata, miała dostęp do jej pamięci i
archiwum. Mogła więc napisać książkę bardzo osobistą. Zamiast tego wybiera
dyscyplinę badaczki. Zestawia wspomnienie z dokumentem, świadectwo z faktami,
własną pamięć z materiałem archiwalnym. Dzięki temu nie mamy wrażenia, że
czytamy literacki portret zbudowany po to, aby koniecznie zachwycić czytelnika.
Jest w tej książce szacunek, ale nie ma idealizacji.

To zresztą jedna z jej największych zalet: autorka pozwala
bohaterce zachować prawo do sprzeczności. Helena potrafi być dowcipna,
złośliwa, surowa, niekiedy niesprawiedliwa w ocenach innych artystów, a
jednocześnie niezwykle lojalna i ofiarna. Jej opowieść o teatrze jest pełna
konkretnych nazwisk, przedstawień, miejsc i zawodowych szczegółów. Dzięki temu
historia nie unosi się w abstrakcji. Ma zapach pracowni, kurz objazdowych scen,
nerwowość prób i zmęczenie podróży.

Czytając „Lenę, córkę Zelwera”, miałem coraz silniejsze
poczucie, że jest to książka potrzebna nie tylko historykom teatru. Jest
potrzebna wszystkim, którzy chcą zrozumieć, z czego naprawdę budowała się
polska kultura XX wieku. Z ludzi takich jak Helena Zelwerowicz-Orchoń: nie
zawsze pierwszoplanowych, nie zawsze docenionych, często zmuszonych do
zaczynania od nowa, ale wiernych pracy, sztuce i własnemu sumieniu.

Barbara Osterloff dokonała więc rzeczy szczególnie cennej.
Nie tyle „wydobyła z cienia córkę Zelwera”, ile pokazała, że cień wielkiego
nazwiska był tylko jednym z wielu cieni, jakie padały na życie jej bohaterki.
Były jeszcze wojna, emigracja, utrata domu, śmierć męża, samotność i kres
zawodowych ambicji. A mimo to Lena pozostała sobą.

To książka o pamięci, ale również o odpowiedzialności. O
tym, że historię teatru tworzą nie tylko premiery i nazwiska umieszczane w
encyklopediach, lecz także codzienna, często niewidoczna praca. O tym, że
wielkość człowieka nie zawsze mierzy się skalą kariery. I wreszcie o tym, że
można całe życie pozostać wiernym teatrowi, nawet kiedy teatr przestaje być
zawodem.

„Lena, córka Zelwera” jest zatem czymś więcej niż biografią.
To przywrócony głos jednej z tych osób, bez których historia polskiej sceny
byłaby niepełna. A zarazem piękna lekcja zawodowej uczciwości, odwagi i
wierności własnemu wyborowi. W czasach, gdy tak łatwo pomylić artystyczną
wielkość z rozgłosem, książka Barbary Osterloff przypomina rzecz podstawową:
teatr najpierw wymaga pracy. A charakter człowieka poznaje się wtedy, kiedy za
tę pracę nie czeka żadna nagroda.