Kielecko-płockie starcia przyzwyczaiły już kibiców, że dostarczają sporych emocji. Nie inaczej było tym razem – w końcu gra toczyła się o pierwsze trofeum sezonu 2026/2027. Obrońcami tytułu byli szczypiorniści z województwa świętokrzyskiego. W poprzednim sezonie obie ekipy podzieliły się triumfami – w Pucharze Polski lepsi okazali się Nafciarze, mistrzostwo Polski po dwóch latach przerwy wróciło natomiast do Industrii. To już jednak historia, ostatnia sobota sierpnia w Atlas Arenie to dla obu drużyn było nowe otwarcie.
Kielczanie wystąpili w Łodzi bez kontuzjowanych Szymona Sićki, Arkadiusza Moryty oraz Michała Olejniczaka. W szeregach Wiślaków zabrakło natomiast Abela Serdio. Mimo wcześniejszych doniesień o kontuzji, w składzie pojawił Frederik Friche Bjerre.
ZOBACZ WIDEO: Będzie bolało. Ale sami tego chcieliśmy
Doskonały początek pojedynku zaliczył Mirko Alilović. Chorwat szybko pokazał żółto-biało-niebieskim, że jest w formie i muszą na niego bardzo uważać. Szczypiorniści z Kielc w pierwszych minutach meczu nie imponowali w ataku, ale dobrze spisywali się w defensywie – byli bardzo czujni i błyskawicznie zapisali na swoim koncie kilka przechwytów. To jednak zdobycze bramkowe liczą się najbardziej, a te szybciej padły łupem Wiślaków. Nafciarze po trafieniach Ilicia i Fazekasa prowadzili 2:0.
Żółto-biało-niebiescy na pierwszą bramkę w meczu musieli poczekać aż do 6. minuty – wtedy to ze skrzydła trafił Dylan Nahi. Kielczanie dość szybko rozwiązali jednak problemy z ofensywą – dobrze grę napędzał Vlah, swoje dodali też Karalek i Nahi. Najwięcej spokoju w szeregi mistrzów Polski wlał jednak Dejan Milosavljev. Golkiper Industrii obronił kilka niezwykle istotnych rzutów i stracie zrobiło się piekielnie wyrównane.
Obaj trenerzy starali się rotować składami, wynik jednak cały czas oscylował wokół remisu. Po nieco chaotycznym początku, który obfitował w straty i faule w ataku, gra zrobiła się niezwykle ciekawa. Dopiero w 28. minucie żółto-biało-niebiescy zdołali wyjść na pierwsze dwubramkowe prowadzenie w tym meczu. Płocczanie odpowiedzieli jednak najlepiej jak mogli – natychmiastowym wyrównaniem. Michał Daszek rzutem przez całe boisko zakończył pierwszą połową spotkania i dał sygnał, że walka będzie toczyła się do samego końca.
Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie – oba zespoły szły łeb w łeb. Na dwanaście minut przed końcem to jednak podopieczni Xaviera Sabate zdołali odskoczyć na dwa trafienia. Kielczanie znów w ataku wyglądali mniej pewnie. Kiepska próba rzutu Benoita Kounkouda, szybka kontra Nafciarzy i wynik 21:24 sprawiły, że postanowił zareagować Krzysztof Lijewski. Po przerwie szybko trafił Piotr Jarosiewicz, ale mistrzowie Polski mieli jeszcze do poprawienia defensywę. Tu na pomoc przyszedł Milosavljev. Faul w ataku popełnił jednak Kirył Rabczyński i cały czas w lepszej sytuacji była Orlen Wisła.
Na nieco ponad siedem minut przed ostatnią syreną do bramki żółto-biało-niebieskich trafił Siergiej Kosorotow (doskonały w końcówce pojedynku) i Wiślacy prowadzili 25:22. Kielczanie nie odpowiedzieli, natomiast Melvyn Richardson wykorzystał rzut karny i z każdą mijającą minutą płocczanie byli bliżej trofeum. Żółto-biało-niebiescy mieli swoje szanse, ale stopowała ich porażająca nieskuteczność. W całym pojedynku popełnili aż siedemnaście strat – zdecydowanie zbyt dużo, by pokonać Nafciarzy.
Wiślacy w doskonały sposób wykorzystali niemoc rywali i po sześćdziesięciu minutach to oni cieszyli się ze zdobycia pierwszego trofeum w sezonie.
Industria Kielce – Orlen Wisła Płock 24:27 (13:13)