W ostatnich miesiącach jak grzyby po deszczu wyrastają w Polsce kolejne mecze legend. Wiele z nich odnosi spektakularne klęski i nie potrafi zapełnić stadionu choćby w połowie. O sytuacji na rynku porozmawialiśmy z Jarosławem Kwellą i Mirosławem Barszowskim z agencji E-Max, którzy zorganizowali największe tego typu wydarzenia – zeszłoroczne Ronaldinho Show i tegoroczne Galacticos Show. Tym samym dwukrotnie ściągnęli do Polski jednego z najsławniejszych piłkarzy świata.

Sprowadzenie Ronaldinho do Polski. Jak zacząć?

Jak w ogóle zaczyna się organizacja tak dużego wydarzenia? Czy najpierw jest pomysł, a dopiero później cała reszta?

Jarosław Kwella: Generalnie wszystko zaczyna się od wizji. Gdzieś pojawia się pomysł, jakiś impuls. My zrobiliśmy dwa duże eventy, pojawiła się możliwość ściągnięcia Ronaldinho. Wtedy spotkaliśmy się z Mirkiem i zaczęliśmy tworzyć wizję tego wydarzenia.

Tak jak architekt najpierw rysuje budynek, tak my zaczęliśmy sobie w głowie rysować ten event. Wyobrażaliśmy sobie, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał. Dużo o tym rozmawialiśmy i mieliśmy bardzo podobną wizję.

Przede wszystkim chcieliśmy, żeby to było wielkie wydarzenie. Nie chodziło o to, żeby po prostu zrobić event i pójść dalej. Chcieliśmy, żeby wszystko świetnie wyglądało, żeby było produkcyjnie dopracowane.

Później zaczęło się składanie tych wszystkich klocków i sprawdzanie, co z rzeczy, które sobie wyobraziliśmy, możemy rzeczywiście zrealizować. Trzeba było dobrać odpowiedni stadion, odpowiednich ludzi, odpowiednią produkcję i tak dalej.

Powiedziałbym więc, że wszystko zaczyna się od wizji, od narysowania sobie tego wydarzenia w głowie. Choć oczywiście sam pomysł i wizja to może pięć procent, bo później trzeba odpowiedzieć sobie na wiele, wiele różnych pytań.

Musieliście mieć już jakieś wypracowane znajomości w świecie piłkarskim, czy tworząc taki event można zacząć od zera?

Mirosław Barszowski: Wejdę tutaj Jarkowi w słowo, bo on bardzo górnolotnie o tym powiedział. Wizja jest bardzo potrzebna, ale od pomysłu do realizacji jest jeszcze daleka droga.

Tak naprawdę, zaczynając te projekty nie ruszaliśmy od zera. Każdy miał już jakieś doświadczenie. Posiadamy relacje nie tylko w branży sportowej, futbolu, ale też w produkcyjnej, medialnej, hotelarskiej. Żeby złożyć taki projekt, potrzebne są dziesiątki ważnych czynników, które powodują, że to wszystko zaczyna działać jak jeden organizm. Ważne są również relacje z partnerami, sponsorami oraz pracownikami.

Siadasz, masz wszystko rozrysowane i mówisz: „Zabieramy się za ten projekt”. Tylko musimy sobie wyznaczyć kilka map drogowych, którymi trzeba się bezwzględnie kierować.

Ronaldinho Show – budżet

Jak wielkim budżetem dysponowaliście tworząc chociażby ostatnie Galacticos Show, ale też Ronaldinho Show? I jak wielka część tego budżetu musiała być po waszej stronie? Ile procentowo, jeżeli oczywiście możecie to zdradzić, pozyskaliście od partnerów, sponsorów i tak dalej?

Mirosław Barszowski: Jeżeli chodzi o finanse, wiadomo, że każda firma, każda instytucja, każdy twórca takich widowisk nie mówi wszystkiego wprost, bo to też jest część know-how. Aczkolwiek są to kwoty rzędu kilkunastu milionów złotych, w zależności od rozmachu i celu, który chce się osiągnąć.

Planując taki budżet trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że siłą organizatora i twórców takiego eventu jest również moc negocjacyjna. To, jakim jesteś negocjatorem, jakie masz relacje, jaką masz pozycję, wpływa również na twoje realne koszty.

Jeżeli jesteś człowiekiem, któremu firmy ufają i z którym współpracują, twój budżet będzie mniejszy. Jeżeli musisz za coś zapłacić po prostu cenę rynkową, to zapłacisz i tutaj nikt się nad tobą nie lituje. Ważna rzecz jest też taka, że o globalnych nazwiskach na początku nie mówiliśmy w niektórych kręgach, nie wspominaliśmy, co się wydarzy i jak będzie wyglądało.

Wspomnę troszeczkę o pewnym procederze firm podwykonawczych. To nie dotyczy tylko świata eventów czy sportu, ale zdarza się w sumie w każdej branży. Jeżeli jakikolwiek partner, podwykonawca dowie się, jakiego kalibru jest impreza, to nie daje ceny rynkowej, tylko niestety cenę nawet trzy razy wyższą.

Czyli można to porównać do sytuacji, w której zamawiasz w kwiaciarni bukiet kwiatów i kosztuje X, ale kiedy powiesz, że jest to bukiet ślubny, nagle kosztuje dwa razy więcej? Choć wygląda dokładnie tak samo.

Mirosław Barszowski: Dokładnie tak. W przypadku eventów jest bardzo podobnie.

Masz niektórych partnerów znanych i zaufanych od lat, ale zawsze są podwykonawcy czy firmy, z którymi współpracujesz i musisz ich po prostu kontrolować. Musisz być jak cerber i stać na straży.

Tak naprawdę nawet jeśli masz dobrą wolę, świetny pomysł i supergwiazdy, z którymi się dogadujesz, cała otoczka logistyczna jest w stanie wywrócić projekt do góry nogami. Jeżeli ktoś narzuci takie ceny, że nie jesteś w stanie im podołać, to nawet przy pięciu kolejnych edycjach nie będzie to rentowne.

Wyobraź sobie więc jak reagowali ludzie, kiedy słyszeli nazwisko Ronaldinho. Robili wielkie oczy. Ogromnym plusem było też to, że nikt nie wierzył, że on rzeczywiście przyjedzie do Polski. To nas napędzało i jednocześnie pozwalało weryfikować poszczególnych partnerów.

Jarosław Kwella: Dokładnie. To, co Mirek powiedział, jest w punkt. Dodałbym tylko, że jeszcze przed rozpoczęciem eventu właśnie te relacje są bardzo ważne.

Dzięki temu, że zarówno Mirek, jak i ja mamy mnóstwo relacji nawiązanych wcześniej, byliśmy w stanie porównywać oferty. Dostawaliśmy jedną ofertę, a później okazywało się, że druga była dwa razy mniejsza, a trzecia trzy razy mniejsza.

Oczywiście ważna jest też jakość usługi, ale obraz był jasny. Nie szliśmy więc od razu w pierwszą ofertę, tylko analizowaliśmy wszystko i wybieraliśmy najlepszy wariant.

Mirosław Barszowski: Tak po prostu układa się współpraca z ludźmi. Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Mówiliśmy o relacjach futbolowych. U nas również występuje bardzo dobry i zdrowy podział. Jarek jest bardziej futbolowy, a ja jestem bardziej produkcyjny, eventowy i twórczy. Dlatego pewne projekty wychodzą albo nie, bo ludzie po prostu różnie się dobierają. U nas ten podział zadań był od początku bardzo prosty i ustalony. Każdy wiedział, co ma robić.

Jarosław Kwella: Przy pierwszym evencie, kiedy pojawiła się okazja zrobienia tego wydarzenia, pierwszą osobą, o której pomyślałem, był Mirek. Znałem go i wiedziałem, jakie ma doświadczenie z poprzednich działań sportowo-biznesowych. Czułem wewnętrznie, że świetnie się razem uzupełnimy.

Mirek dawał mi poczucie bezpieczeństwa i doświadczenie międzynarodowe przy wielkich projektach. Z drugiej strony ja miałem przez wiele lat budowane relacje w branży piłkarskiej. To wszystko świetnie się uzupełniło.

Mirosław Barszowski: To było też dość śmieszne, bo ja bardzo mocno wywodzę się przecież z branży sportowej i sztuk walki. Uczestniczyłem też w dużych projektach na całym świecie, a Azja to mój drugi dom.

Miałem więc ogromne doświadczenie produkcyjne: gale sportów walki, mistrzostwa świata i duże wydarzenia. Natomiast kiedy Jarek mówił o piłkarzach i podawał nazwiska, ja musiałem się edukować, kto jest kim.

To było ciekawe doświadczenie, Jarek miał ogromne emocje sportowe, a ja patrzyłem na to chłodno, jak ktoś, kto nie zna się na piłce. Zastanawiałem się: „Okej, ten może się sprawdzić, ten nie. Ta opcja może nam przynieść sukces, więc chyba warto ją rozważyć”. Dzięki temu był balans.

Jarosław Kwella: Dobrym przykładem jest właśnie pierwszy event. Mieliśmy Ronaldinho, mieliśmy reprezentację Brazylii, ale zastanawialiśmy się, jak złożyć tych Polaków w całość.

Było wiele różnych opcji i pomysłów dotyczących trenerów. W przeszłości mieliśmy przecież mnóstwo selekcjonerów reprezentacji. Ostatecznie wymyśliliśmy trenera Nawałkę razem z całą jego kadrą i uważam, że był to strzał w dziesiątkę.

Podobnie było ze stadionem. Mieliśmy różne opcje, ale chcieliśmy, żeby nie kojarzył się on z konkretnym klubem. W Polsce mamy w zasadzie dwa takie stadiony — Stadion Narodowy i Stadion Śląski. Od razu zawęziliśmy więc wybór do tych dwóch obiektów.

Później trzeba było zadecydować między jednym a drugim i postawiliśmy na Stadion Śląski. Jak się okazało, również był to strzał w dziesiątkę.

Jeżeli mówimy o budżecie: czy ustalanie cen biletów poprzedzają analiza i badania rynkowe? Czy zakładacie na przykład, że określona liczba biletów musi zostać sprzedana, żeby event w ogóle się spiął? Jak duży jest margines błędu w ocenie reakcji ludzi na takie wydarzenie?

Jarosław Kwella: Jeśli chodzi o ryzyko, sprzedaż biletów jest w jakiejś części zależna od nas, ale w bardzo dużej mierze niezależna. Po drugiej stronie jest kibic i to on kupuje bilet, a nie my.

Jeżeli chodzi o ustalanie cen, to nie jest tak, że wymyślamy je sobie z głowy. Współpracujemy z profesjonalną firmą biletową, która ma doświadczenie przy różnych eventach. Porównujemy podobne wydarzenia, na przykład mecze reprezentacji Polski rozgrywane wcześniej na Stadionie Śląskim. Patrzymy, jakie były ceny.

Później wspólnie z firmą ustalamy pewien próg. Patrzymy przede wszystkim na średnią cenę. Ceny poszczególnych sektorów są oczywiście ważne, ale na koniec najważniejsza jest średnia cena ze wszystkich miejsc. Na tej podstawie ustalamy próg opłacalności eventu i dążymy do tego, żeby go osiągnąć.

Poza tym mając wszystkie analizy, staramy się obudować sprzedaż dodatkowymi świadczeniami. Jako jedni z nielicznych, a właściwie jedyni w Polsce, wprowadziliśmy takie doświadczenia jak „Zagraj z Ronaldinho” czy „Bądź z Ronaldinho”. Cieszyły się one ogromnym zainteresowaniem.

Można było wykupić pakiety, w ramach których dzieci spędzały z nami cały dzień. To pozwoliło dodatkowo obudować strefę biletową. Sam bilet jest oczywiście ważny, ale są też świadczenia VIP, bilety VIP i dodatkowe atrakcje dla takich osób.

Przed pierwszym meczem było też wiele głosów, że bilety są drogie i że nie sprzedamy ich na Ronaldinho Show. Odpowiadaliśmy wtedy ludziom, i do tego dodam, że były to osoby bardzo mocno związane z piłką nożną i organizacyjną stroną tego rynku: „Panowie, wy sprzedajecie bilety na mecze, my sprzedajemy emocje. To są dwie różne rzeczy”.

Mirosław Barszowski: Dokładnie. Tutaj trzeba cały czas czuwać nad biletami, ofertami i sprzedażą. To, co sobie wymyślimy na początku, później wcale nie było oczywiste i łatwe do realizacji.

Po drodze pojawiali się różni partnerzy, którzy mieli swoje wymagania. Cały czas trzeba więc reagować. To jest żywy organizm i wszystkie wyzwania trzeba rozwiązywać na bieżąco.

Nie wolno też popaść w komfort psychiczny. Widzę, że wielu organizatorów popełnia taki błąd: wrzucają informacje do sieci i myślą, że firma biletowa sprzeda te bilety. A ona tylko obsługuje sprzedaż, a bilety sprzedają organizatorzy. To jest podstawowy błąd.

Galacticos Show po doświadczeniach z Ronaldinho Show

Jakie wnioski wyciągnęliście z Ronaldinho Show przy organizacji Galacticos Show? Ronaldinho Show cieszyło się znakomitą frekwencją, ale nie ustrzegliście się krytyki. Ja byłem z tych eventów tylko na Galacticos i uważam, że organizacja była dobra. Jak dużo wniosków wyciągnęliście między jednym a drugim wydarzeniem, zwłaszcza w kwestii dodatkowych świadczeń i aktywacji?

Mirosław Barszowski: To jest bardzo dobre pytanie, przy tworzeniu widowisk, projektów sportowych, trzeba dostrzegać potrzeby odbiorcy. Nikt nigdy nie ustrzeże się przed błędami, również przed sytuacjami niezwiązanymi bezpośrednio z organizatorami. Powtórzę , jest wiele sytuacji, na które po prostu nie mamy wpływu.

Kluczowe jest umiejętne reagowanie na bieżąco i wyciąganie wniosków. Powołaliśmy dodatkowe zespoły i dodatkowych ludzi, znaleźliśmy lepsze rozwiązania.

Trzeba też powiedzieć, że to, co działo się po Ronaldinho Show, praktycznie wszyscy zaczęli kopiować. Tylko że często kopiowali to nieumiejętnie, bo każdy widział wisienkę na torcie, efekt końcowy, czyli to, co poprawiliśmy i co zrobiliśmy dobrze. Nikt natomiast nie zwracał uwagi na cały proces tworzenia i na to, co kryje się za tymi dobrymi rzeczami. Tych wniosków było naprawdę wiele.

W porządku, ale czy macie przeświadczenie, że w Galacticos Show największa różnica względem Ronaldinho Show polegała na ograniczeniu liczby dodatkowych aktywacji, mając świadomość, że wcześniej nie wszystko wypaliło właśnie dlatego, że tych rzeczy było tak dużo?

Mirosław Barszowski: Między innymi tak. Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Wszyscy goście, wszyscy fani, którzy zgodzili się przyjść na mecz, czegoś oczekują. Każdy oczekuje, że Ronaldinho podpisze autograf.

Tylko nie da się zrobić 55 tysięcy autografów Ronaldinho. Wszyscy o tym wiedzą. Często porównywaliśmy tę sytuację do koncertów Madonny czy Metalliki. Kiedy Metallica przyjeżdża na Stadion Śląski, przecież muzycy nie stoją i nie podpisują tysięcy autografów. Dlatego mocno zwracaliśmy na to uwagę.

Druga rzecz jest taka, że Galacticos było również odpowiedzią na Ronaldinho. Po pierwszym evencie wiele osób miało niedosyt związany z obecnością jednej globalnej gwiazdy. W Galacticos było ponad 40 globalnych gwiazd, więc to zapotrzebowanie bardzo mocno się rozłożyło.

Jeżeli chodzi o świadczenia, nie robiliśmy ich przy Galacticos tyle co przy Ronaldinho również dlatego, że fizycznie trzeba byłoby mieć ogromny zespół, żeby wszystko obsłużyć. To są lekcje, które człowiek wyciąga po pracy i tworzeniu takich rzeczy. Nie chcieliśmy też forsować ludzi, którzy dla nas pracują. Nasz oddany zespół i tak działa z nami przecież prawie 24 godziny na dobę.

Trzeba bardzo szanować ludzi, którzy tworzą tego typu wydarzenia i stoją w cieniu reflektorów.

Jarosław Kwella: Oczywiście później pojawiają się głosy, że „biegały dziadki”, że tempo było wolne i tak dalej. Tylko to jest zupełnie inny event. To nie jest normalny mecz. Przychodzimy po to, żeby zobaczyć stare twarze, legendy z dzieciństwa, przede wszystkim nacieszyć się takimi sytuacjami, a nie oczekiwać ogromnego widowiska sportowego. 0Natomiast ci zawodnicy i trenerzy, kiedy wychodzą na boisko i widzą 55 tysięcy ludzi na trybunach, zaczynają reagować inaczej. Pewne rzeczy dzieją się w ich głowach niezależnie od nas.

Mimo że mamy różne kontrakty z trenerami i zawodnikami, mimo że musimy wywiązać się z pewnych rzeczy, adrenalina robi swoje. Szczególnie przy pierwszym meczu Polska – Brazylia zawodnicy i trenerzy poczuli naprawdę krew w żyłach i potraktowali to na serio.

Tak samo Brazylijczycy. Kiedy poczuli, że to nie będzie mecz chodzony, też zaczęli traktować go poważnie. Na pewne rzeczy, kiedy mecz już się zaczyna, mimo kontraktów po prostu nie mamy wpływu. Jest taki poziom adrenaliny w obu zespołach, że nie da się wszystkiego kontrolować.

Jaki jest czynnik ryzyka przy takim evencie? Co się dzieje, jeśli zakładany zarobek nie nadejdzie? Mieliśmy ostatnio przykład wydarzenia we Wrocławiu, gdzie pojawiły się potężne problemy z wypłacalnością, bo na 43-tysięcznym stadionie pojawiło się raptem 12 tysięcy ludzi. Jak wy patrzyliście na to ryzyko przy tworzeniu własnych show? Jak duży mieliście margines błędu, skoro wszystkim gwiazdom trzeba było przecież zapłacić?

Mirosław Barszowski: To jest rzecz, którą przygotowujesz co najmniej dziewięć miesięcy. Patrzysz i analizujesz wszystko od A do Z pod kątem sprzedaży. Bierzesz też pod uwagę, co robisz marketingowo, żeby to wydarzenie po prostu sprzedać. Każdemu organizatorowi zależy na tym, żeby było pełno, żeby było widowiskowo, żeby wszystko było dobrze opakowane. To jest oczywiste.

Jeżeli jednak ktoś tydzień, dwa czy trzy tygodnie przed eventem ma tylko kilka tysięcy sprzedanych biletów na dużym stadionie, to trudno liczyć na cuda. Sami wiemy, że cuda się nie zdarzają. Albo coś sobie wypracujemy, albo nie.

Koncerty się odwołuje, imprezy się odwołuje. Zawsze można powiedzieć „pas” z jakichś powodów i wtedy rozmawiać. My natomiast bardzo mocno analizowaliśmy każdy ruch. Nie jest to łatwe. Trzeba oczywiście wytrzymać ciśnienie, bo ono jest tworzone przez sytuację, partnerów i wahające się warunki. Szukasz różnych rozwiązań marketingowych, żeby wszystko poszło do przodu.

Przez te dziewięć miesięcy należy po prostu czuwać. To trochę jak ciąża, trwa dziewięć miesięcy…

Jarosław Kwella: Na początku powiedziałem, że jest to rzecz pośrednio, ale też bezpośrednio od nas zależna. Jeżeli zrobimy dobry marketing, przyciągniemy fajnych zawodników i zrobimy wydarzenie w dobrym miejscu, to prawdopodobieństwo, że bilety się sprzedadzą, jest duże.

Ale bezpośrednio tak naprawdę nie mamy już wpływu na decyzję kibica. To on decyduje czy kupi bilet, czy nie. I tak było przy naszym wydarzeniu. Do samego końca nie masz na to bezpośredniego wpływu.

Negocjacje z gwiazdami

Jak wyglądają negocjacje z gwiazdami takiego formatu? Dzwonisz: „Dzień dobry, panie Ronaldinho, zapraszamy do Polski. Ile chciałby pan zarobić?”? Jaki jest pierwszy krok i jak wygląda to biznesowo? Czy od razu macie określony zakres pieniędzy, ponad który nie wychodzicie, czy trwa to przez wiele miesięcy niczym przeciąganie liny?

Mirosław Barszowski: Jest tutaj wiele czynników, które wpływają na to, czy gwiazda się zgodzi, czy nie. Trzeba być przede wszystkim wiarygodnym dla ludzi z zewnątrz, żeby w ogóle ktoś podjął z tobą rozmowę. Trzeba mieć relacje z kimś na świecie, kto może cię bezpośrednio rekomendować, jest mnóstwo różnych czynników. Nie zawsze chodzi tylko o pieniądze, choć oczywiście pieniądze dla wielu gwiazd są istotne.

Jarosław Kwella: Jeżeli chodzi o drugi event, sprawa była trochę łatwiejsza, bo mieliśmy ogromną zaliczkę w postaci Ronaldinho Show. Cały świat nas dzięki temu zobaczył. Agencje, które prowadzą zawodników, znały już nasz projekt. Sami piłkarze również się do nas zgłaszali. Niektórzy zawodnicy pisali do nas bezpośrednio, więc tutaj sprawa była dużo łatwiejsza.

Natomiast jeśli chodzi o pierwszy event, trzeba było trochę pojeździć po świecie, zdobyć relacje, pojawiać się na różnych wydarzeniach i wejść w to środowisko. Mirek zajmował się bardziej stroną biznesową i produkcyjną, a ja poświęcałem czas na budowanie relacji z zawodnikami, menedżerami i całym tym światem.

Kiedy już te relacje są, pojawia się zaufanie. Możesz wtedy pokazać swoją wizję i sprawić, że ludzie rzeczywiście uwierzą, że ten projekt ma sens.

Negocjacje z zawodnikami to po prostu twardy biznes?

Mirosław Barszowski: Dokładnie. Same negocjacje z zawodnikami to już inna kwestia. To jest biznes i twarda sztuka.

A, jak wiemy, w biznesie nie ma sentymentów. Kiedy powołujecie taki event, macie jego twarze i wszystko jest już na pewnym etapie zaawansowania, dochodzi wtedy do przeciągania liny albo jakichś brudnych zagrywek? Ktoś może zagrozić, że jednak nie przyjedzie, próbować coś zmienić albo postawić dodatkowe warunki? Czy od początku do końca panuje raczej czysta atmosfera?

Mirosław Barszowski: Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ma takich sytuacji. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Tak jak w życiu, tak i w biznesie zdarzają się sytuacje, w których ktoś próbuje coś ugrać.

Można to porównać do przedszkola. Dałeś komuś jedno ciastko, a później nagle kolega przychodzi po trzy i uważa, że mu się po prostu należy. Z gwiazdami jest podobnie. Jeżeli masz już kontrakty, to zawsze znajdzie się ktoś, kto próbuje coś ugrać z różnych przyczyn.

Nie mówię oczywiście, że wszyscy tacy są. Jedni znajdują się w bardzo dobrej sytuacji biznesowej, wszystko im się układa i nie mają presji. Są też jednak inni, którzy różnie sobie radzą po zakończeniu kariery i dla nich każdy grosz jest ważny. Wtedy czasami włączają się przeróżne fantazje i oczekiwania nie z tej ziemi.

Pytanie brzmi czy dasz się na tyle wkręcić i czy jesteś na tyle twardy, żeby sobie z tym poradzić. To nie są proste sytuacje, bo mogą również wywrócić event. To jest ryzyko organizatora. Trzeba mieć umiejętność rozmawiania z ludźmi i być asertywnym, co dla wielu nie jest łatwe.

Czy organizując taki event macie czasami wrażenie, że to trochę gra „albo wy ich, albo oni was”? Że jest rywalizacja: albo wy postawicie na swoim, albo druga strona poprzez różne gierki i przeciąganie negocjacji będzie próbowała ugrać jak najwięcej?

Jarosław Kwella: To jest też kwestia tego, jak druga strona podchodzi do wydarzenia. Czasami jesteś już w sytuacji, w której rozmówca czuje, że jest częścią show i jego twarzą. Wtedy niestety nie jesteś w stanie w dużym stopniu z niego zrezygnować.

Taka strona będzie próbowała negocjować i naginać pewne rzeczy w różne strony, a ty w mniejszym lub większym stopniu jesteś zmuszony zaakceptować określone warunki. Natomiast jeżeli stroną kontraktu jest pojedynczy zawodnik i zaczyna przeciągać negocjacje, a my wiemy, że możemy go w łatwy sposób zastąpić innym nazwiskiem, wtedy rozmowy są o wiele łatwiejsze.

Z tego powodu do Polski nie dotarli ostatecznie na przykład Veron czy Abbiati?

Jarosław Kwella: Nie, oni nie dotarli z przyczyn osobistych. Chodziło o sytuacje rodzinne, choroby czy inne tego typu rzeczy.

Mirosław Barszowski: To są właśnie sytuacje, na które nie mamy wpływu. Choroba czy tragedia rodzinna powodują pewien stres i są zawarte w ryzyku organizatora, pytanie czy potrafimy sobie z tym poradzić.

Ronaldinho w Polsce a podjęte ryzyko

Mieliście w sobie duże pokłady stresu do samego końca, dopóki nie zobaczyliście Ronaldinho wysiadającego z samolotu w Katowicach?

Jarosław Kwella: Oczywiście, że tak. Nazwa Ronaldinho Show opierała się tak naprawdę na jednym nazwisku. W grę wchodziły wielomilionowe budżety. Masz kontrakty, masz wszystkie potwierdzenia, że będzie, ale gdzieś podświadomie zawsze pojawia się myśl: „Kurczę, coś może się wydarzyć”.

Samolot może zostać odwołany. W takiej sytuacji wysłalibyśmy pewnie drugi, może prywatny. Jakieś rozwiązanie zawsze da się znaleźć. Ale może przydarzyć się przecież też kontuzja, wypadek i tak dalej. Ten stres jest więc do samego końca.

To jest trochę balansowanie na krawędzi. Załóżmy, że dzień przed eventem Ronaldinho dopada grypa, ma wysoką gorączkę i z obiektywnych powodów nie może przylecieć do Polski. Jeżeli masz jednak na stadionie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy przyszli właśnie dla Ronaldinho, to nawet najbardziej szczere i obiektywne powody jego nieobecności niekoniecznie ich przekonają.

To jest dokładnie taka sama sytuacja jak z koncertem Podsiadły na Stadionie Śląskim. Masz sprzedanych około 90 tysięcy biletów i nagle artysta choruje. No i co wtedy?

Mirosław Barszowski: Zawsze można zmienić termin, przesunąć wydarzenie, znaleźć jakieś rozwiązanie. Ale ryzyko jest. Niestety, tak wygląda branża eventowa. Zawsze występuje czynnik ludzki i to on powoduje ryzyko. Tego nie da się uniknąć w żadnym aspekcie biznesu i życia.

Dlatego drugi event chcieliście zrobić trochę inaczej? Nie opierać go na jednej gwieździe?

Jarosław Kwella: Tak. Chcieliśmy trochę inaczej zbudować drugi event i nie opierać go na jednej gwieździe. Jeżeli nagle coś by się wydarzyło i ktoś by nie przyjechał, to mieliśmy ponad trzydzieści dodatkowych nazwisk, więc zawsze można było to w pewnym stopniu zrekompensować.

Oczywiście nie pojawił się Veron, nie pojawił się Zanetti, nad czym bardzo mocno ubolewamy. Jeżeli jednak ktoś pisze ci, że ma jakąś rodzinną, nieprzyjemną sytuację, bardzo przeprasza i nie przyleci, to jesteś w stanie zrobić niewiele. Tym bardziej na dwa, trzy czy cztery dni przed przylotem.

Wymagania gwiazd i samego Ronaldinho

Jeżeli ściąga się na jeden event tyle gwiazd z różnych stron świata, pojawia się pewnie mnóstwo specyficznych życzeń i wymagań. Czy zdarzają się takie, które dla zwykłego kibica mogą brzmieć wręcz niewiarygodnie?

Mirosław Barszowski: Oczywiście. Trzeba pamiętać, że to są zawodnicy, którzy jeszcze niedawno byli czynnymi piłkarzami i grali w największych klubach świata. To są mistrzowie świata, mistrzowie Europy. Są przyzwyczajeni do królewskiego traktowania. Przez wiele lat mieli wszystko podane na tacy.

Najlepsze hotele, najlepsze prywatne samoloty, podróżowanie pierwszą klasą, mnóstwo prezentów. Piłka nożna jest przecież sportem z największymi budżetami, więc oni byli traktowani trochę jak bogowie futbolu. Przyjeżdżając do nas, większość z nich również oczekuje takiego traktowania.

Oczywiście są wyjątki. Niektórzy zawodnicy potrafią wręcz zaskoczyć tym, jak się zachowują.

Jarosław Kwella: Niesamowity był na przykład Michel Salgado. Grał w Realu Madryt i wystąpił również w Galacticos. To wielki zawodnik, ogromna postać, a jednocześnie ma w sobie ogromną pokorę. Chętnie rozdaje autografy, porozmawia z każdym.

Jeżeli coś jest nie tak, nie narzeka. Po prostu przyjdzie, powie o problemie i się uśmiechnie. A są też zawodnicy, którzy bardziej gwiazdorzą. Nie będą w takim pokoju, nie będą lecieć takim samolotem, będą pytać, dlaczego czegoś nie ma i tak dalej.

Patrząc na zachowania zawodników podczas Galacticos, powiedziałbym, że do tej drugiej grupy należał Edgar Davids.

Jarosław Kwella: Davids to akurat specyficzny zawodnik. Wydaje mi się, że wynika to bardziej z jego natury niż z tego, że był wielką gwiazdą. Po prostu chyba ma taki charakter.

Jeżeli chodzi o specjalne traktowanie dwóch największych postaci ostatniego Galacticos Show, czyli Ronaldinho i Francesco Tottiego, czy Brazylijczyk od razu zastrzegł sobie w umowie, że na stadion jedzie indywidualnie, a obiekt chce opuścić zanim skończy się mecz? Czy to były kwestie, z którymi w ogóle nie dało się negocjować?

Mirosław Barszowski: Ronaldinho jest zawodnikiem najbardziej pożądanym, jeżeli chodzi o legendy futbolu na całym świecie. Ma mnóstwo przeróżnych propozycji. Wypracował model udziału w takich eventach i tutaj nie ma odstępstw. Oczywiście można by pewnie dopłacić 100, 200 czy 300 tysięcy euro i być może wtedy jakieś nagłe ustępstwa byłyby możliwe. Natomiast przy stawkach, które on ma, obowiązują pewne ustalone ramy. On się ich trzyma zero-jedynkowo.

Jak podeszliście do sytuacji podczas bankietu dzień przed Galacticos, kiedy Ronaldinho miał odebrać upominek na scenie, a chwilę wcześniej powiedział, że musi na chwilę wyjść i po prostu opuścił lokal?

Mirosław Barszowski: Wiadomo, że żaden kontrakt nie zmuszał go do pozostania w tym miejscu. Bankiet trwał przez określony czas, on miał swoje zobowiązania, ale trzeba też zwrócić uwagę na jedną rzecz. Ronaldinho prywatnie, w obejściu i w rozmowach, kiedy z nim się przebywa, jest naprawdę bardzo sympatycznym, normalnym gościem.

Zauważmy, że przylatuje praktycznie w dniu bankietu przebywając ponad dwadzieścia kilka godzin w samolocie, musi się przygotować, odpocząć, wziąć prysznic, później jest bankiet, kolacja, a następnego dnia gra mecz. To wszystko ma wpływ na to, co się wydarzy.

Mamy określone ramy, ale nie unikniemy sytuacji, że dojdzie do jednego czy drugiego nieporozumienia. On za to przeprosił, ale po prostu chciał wtedy wyjść i tyle. My też to szanujemy. Dlatego dobrze dogadujemy się z różnymi zawodnikami, również długoterminowo. Pokazujemy ludzką stronę naszych relacji.

Jarosław Kwella: Mimo że już nie jest czynnym piłkarzem i robi różne rzeczy w życiu, to takiej euforii nie widziałem chyba nigdzie na świecie. To, jakie on budzi emocje, jest niesamowite. Było wiele sytuacji, kiedy ludzie koczowali czekając na niego na parkingach, przed hotelami i tak dalej. Pamiętajmy również, że w tym wszystkim są kwestie bezpieczeństwa. Wcześniejsze wyjście, prywatna ochrona, samochody… My jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby zawodnikom nic się nie stało.

To nie jest tylko sytuacja, w której mamy zabezpieczyć wszystko dookoła i sprawić, żeby zawodnik cały czas się pokazywał, uśmiechał i machał. Musimy pamiętać, że on jest człowiekiem i ma swoje potrzeby. W przypadku bankietu trzeba też pamiętać, że następnego dnia grał mecz. Podróż była długa, trwała ponad dwadzieścia godzin, dotarł do nas z Miami. To wszystko trzeba brać pod uwagę.

Jak skonstruowane są kontrakty na mecze legend?

Czy w umowach z takimi zawodnikami jest osobny zapis dotyczący kontaktu z kibicami? Na przykład obowiązek robienia zdjęć, rozdawania autografów? Czy to wszystko zależy wyłącznie od ich dobrej woli?

Jarosław Kwella: W umowach jest zapis, że zawodnik powinien być otwarty na kibiców, autografy i pozowanie do zdjęć. Natomiast konkretnych ilości, które nam zagwarantuje, nie jesteśmy w stanie kontrolować. Kiedy zawodnicy przylatują, odbieramy ich z lotniska i zawozimy do hotelu, większość chce szybko wejść do środka, wykąpać się, przebrać, coś zjeść. Nie są wtedy specjalnie chętni, żeby zatrzymywać się przed hotelem i robić zdjęcia.

Później, kiedy są już trochę wypoczęci, chętnie wychodzą do kibiców, zatrzymują się i robią zdjęcia. To są normalni ludzie. Przy takiej skali zawodników nie jesteś w stanie kontrolować wszystkiego i wymóc na nich konkretnych zachowań.

Mirosław Barszowski: Opinia publiczna bazuje na tym, co widzi na przykład na stadionie. Nie widzi natomiast tego, ile autografów zawodnik rozdał, zanim w ogóle na ten stadion dotarł.

Mógł dać dziesięć autografów przed hotelem, kolejne w hotelu, w restauracji, w szatni, przed szatnią, na konferencji, przed konferencją. Nagle okazuje się, że rozdał ich dwieście, zrobił sto zdjęć, a później ktoś widzi na stadionie tylko dwa czy trzy autografy.

Trzeba też brać pod uwagę, że taki zawodnik jest w Polsce przez dwa czy trzy dni. Ronaldinho ma mnóstwo spotkań wewnętrznych w hotelu, z różnymi ludźmi, po drodze i w różnych miejscach, dając im od siebie wiele radości.

Prywatnie, kiedy siedzi z nami i rozmawia, jest fantastycznym znajomym. Nie okazuje swojej wyższości widząc, że rozmówca może być zafascynowany samym faktem, że przebywa w jego towarzystwie. Jest naprawdę bardzo stonowany. Ale kiedy widzi setki oczu żądne autografu i zdjęcia, napierający tłum, wtedy naturalnie zaczyna dążyć do tego, żeby od tego czasami uciec, jak robi to wielu aktorów czy gwiazd muzycznych.

Skoro więc znacie ramowe warunki Ronaldinho i wiecie, że nie zamierza poza nie wychodzić, to czy podpisując taki kontrakt macie z tyłu głowy, że pewne rzeczy mogą nie spotkać się z entuzjazmem kibiców? Na przykład wcześniejsze zejście z boiska. Wielu ludzi przychodzi na stadion z nadzieją, że po meczu Ronaldinho jeszcze będzie chodził wokół trybun, robił zdjęcia, machał kibicom i tak dalej. Wy natomiast wiecie, że tego nie będzie.

Jarosław Kwella: Dokładnie tak się dzieje. Rozmawiamy z Ronaldinho, z menedżerem, z jego bratem. Oczywiście zapisy w kontrakcie są określone, ale analizujemy też wszystko i przekazujemy swoje uwagi. Mówimy na przykład, że czegoś zabrakło, że chcielibyśmy, żeby tym razem pewne rzeczy wyglądały inaczej, bo ludzie byli zawiedzeni. Z ich strony pojawiają się zapewnienia, że tym razem zrobią coś inaczej.

Przy 55 tysiącach osób, każda oczekuje autografu czy zdjęcia. Jeśli jednak spojrzeć na to, co Ronaldinho zrobił podczas meczu, to wielokrotnie zatrzymywał się na boisku, machał i się uśmiechał. Ostatecznie chcemy wierzyć w te ich zapewnienia. Nie mamy jednak takich kwestii związanych z autografami zagwarantowanych. Jeżeli w pewnym momencie zawodnik poczuje, że chce zejść, wyjść czy odpocząć, to po prostu nie można nic zrobić.

Czyli ma takie prawo, żeby na przykład wcześniej zejść, ale jednocześnie może zadziałać jego dobra wola i wtedy zachowa się inaczej?

Mirosław Barszowski: Dokładnie. Jest minimum i maksimum. I tyle. Obserwujemy różne eventy w wielu krajach, w których biorą udział Ronaldinho i inne gwiazdy. Widzimy bardzo podobny schemat. Trudno tutaj robić duże odstępstwa.

My również powinniśmy trochę inaczej podchodzić do tych sytuacji. Tak naprawdę cieszyć się z tego, że ktoś pojawia się na miejscu. A że zawsze jest jakiś niedosyt, to zupełnie naturalne. Czasami po prostu nie docenia się rzeczy, które ma się w danym momencie, natura ludzka już tak ma…

Powinniśmy robić wszystko, żeby zabezpieczyć dobro eventu i kibiców, ale nie popadajmy też w skrajność. To są tylko ludzie. Jeżeli wypracujemy szacunek i dobre relacje, zawodnikom chce się współpracować, przyjeżdżać i dawać z siebie wszystko, co najlepsze.

Zresztą Ronaldinho dwa razy do jednego kraju nie przyjeżdżał rok po roku. Polska jest pod tym względem wyjątkiem. Warto więc zwrócić uwagę, że najwyraźniej spodobały mu się atmosfera, opieka, jak i serwis.

Jarosław Kwella: Jeżeli chodzi o zaspokojenie potrzeb kibiców, podczas Galacticos było ponad 40 globalnych gwiazd i wydaje mi się, że te potrzeby zostały zaspokojone. Nigdy nie było naszą wolą, żeby zawieść fanów. Zawsze zależy nam na tym, żeby byli jak najbardziej zadowoleni. Robimy naprawdę wszystko, co się da.

Największe, co możemy zrobić, to zapewnić gwiazdom jak najlepsze warunki pobytu. Jeżeli są odpowiednio zaopiekowane i dobrze się czują, są też bardziej chętne do robienia dodatkowych rzeczy. Dlatego staramy się zapewniać im najlepsze warunki i najlepszą ochronę.

Takiej ochrony, jaką Ronaldinho miał w Polsce, nigdzie indziej nie miał. Pracowała przy nim ekipa, która ochrania największych ludzi na świecie, między innymi w Stanach Zjednoczonych. Robimy więc wszystko, co jest w naszej mocy. Nigdy nie mamy złej woli, żeby kogokolwiek oszukać czy celowo zawieść.

Czyli z tego, co mówicie, wynika, że w meczach dawnych legend i tego typu show, cenę biletu płaci się przede wszystkim za możliwość zobaczenia tych ludzi, swoich idoli z dzieciństwa. Wszystko, co wydarzy się dookoła, jest tak naprawdę bonusem: może się wydarzyć, ale nie musi.

Jarosław Kwella: Przy tym naprawdę staraliśmy się też zapewnić dodatkowe atrakcje i koncerty. Była Oceana, był Skolim i były inne aktywacje. Oczywiście ktoś może narzekać, że słabo słychać, albo że coś nie tak. Są jednak kwestie, które nie zawsze są od nas zależne.

Mirosław Barszowski: Akustyka stadionu jest jednym z takich elementów. Oczywiście zwracamy na to bardzo dużą uwagę, żeby wszystko było na najwyższym poziomie, ale czasami po prostu nie da się zapewnić idealnego odbioru w każdym miejscu.

Kiedy ludzie chodzą na koncerty ostatnio Metalliki czy Podsiadły, też zdarzają się głosy, że ktoś siedział w konkretnym miejscu i niewiele słyszał. To jest specyfika stadionu. Jest tak skonstruowany i zbudowany, że w pewne miejsca dźwięk może po prostu nie docierać w taki sposób, jak powinien.

Nie jesteś w stanie, będąc akustykiem, stanąć w każdym miejscu stadionu i sprawdzić, czy poziom muzyki jest odpowiedni. Poza samą grą staramy się też zadbać o produkcję, efekty specjalne i całą oprawę. To nie jest więc tylko kwestia tego, że przychodzisz zobaczyć zawodników i „może się uda, może się nie uda”.

Staramy się, żeby to było naprawdę duże widowisko. Dlatego nasze eventy są tak mocno opakowane i wyróżniają się na rynku. Co najlepiej widać po naszych kopiach, które często są żenująco niedopracowane. Niektórzy kopiowali niemal jeden do jednego formułę naszego meczu, zapraszali tych samych konkretnych gości, nie wspominając o chęci podbierania pracowników czy wykorzystywania również tych samych sponsorów. Tak wiele wiemy, ale się uśmiechamy. Jeżeli ktoś nas kopiuje, to chyba idziemy dobrą drogą.

Nasycony rynek meczów legend w Polsce

Skoro wywołaliście ten temat, chciałem jeszcze zapytać o ogólny rynek meczów legend w Polsce. Jak waszym zdaniem on wygląda? W ostatnich miesiącach namnożyło się mnóstwo takich eventów — jedne bardziej udane, drugie mniej. Pewnie nie do końca jesteście z tego zadowoleni, nawet jeśli konkurencja nie potrafi przyciągnąć na stadion takiej publiki jak wy. Bez żadnych wątpliwości, w ogólnym odbiorze siła takich wydarzeń słabnie. Dlatego, że ludzie mają przed oczami również nieudane imprezy – przyjeżdżają Brazylijczycy, Anglicy, jest pięć tysięcy ludzi na trybunach i wygląda to słabo. To pewnie rzutuje na cały rynek.

Jarosław Kwella: Co za dużo, to też niezdrowo. Kiedy zaczynaliśmy, zrobiliśmy pierwszy event, a więc Ronaldinho Show. Tak jak Mirek mówił, każdy widzi później tę wisienkę na torcie: pełny stadion, sprzedane bilety. Nikt nie widzi natomiast dziewięciu miesięcy wcześniejszej pracy, tego ogromu przygotowań, budowania zespołów, planowania i wszystkich rzeczy, o których przed chwilą mówiliśmy.

Każdy widzi 55 tysięcy ludzi i zaczyna sobie mnożyć tę liczbę razy nie wiadomo ile. Nagle wychodzą jakieś miliony i wydaje się, że można to zrobić w prosty sposób. Nie wiem, czy właśnie tak niektórzy rozumują, ale można się tego spodziewać. Każdy chciałby zrobić to samo i po drodze przekonuje się, że jednak nie jest to takie łatwe.

Dla nas też nie jest to łatwe. Jeżeli komuś nie wyjdzie, nie mamy z tego satysfakcji. Bardziej patrzymy na to w ten sposób, że rynek może się zbytnio nasycić. W pewnym momencie trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć „stop”. Tych eventów jest już po prostu za dużo. Ludzie mogą zacząć mieć przesyt i chcieć czegoś innego.

To naturalne. Gdyby dziesięć razy z rzędu przyjechała Metallica do Polski, trudno byłoby oczekiwać, że za każdym razem będzie komplet. Na pewno nie pomogło nam to przy drugim evencie. Chcieliśmy zrobić wydarzenie zupełnie inne od pierwszego – inna formuła, więcej gwiazd. Chodziło właśnie o zaspokojenie potrzeb kibiców.

Nie ukrywam jednak, że wysyp tych eventów jest trochę jak grzybów po deszczu. Co więcej, czasami jesteśmy kojarzeni z wydarzeniami, z którymi tak naprawdę nie mamy nic wspólnego.

Mirosław Barszowski: To jest bardzo istotne. Tak jak w przypadku gal MMA, które zaczęły powstawać w Polsce. Sami wiemy, jak koledzy z KSW stworzyli swoją organizację. Później zaczęły rozwijać się różnego rodzaju federacje i gale, rynek się zmienił.

Taki przesyt powoduje zawężenie grupy widzów. A widz jest ograniczony. Polska nie rozciągnie się, nawet jeżeli przyjeżdżają goście z zagranicy. Dlatego przede wszystkim bronimy jakości.

Jeżeli chodzi natomiast o tę konkretną kwestię, muszę powiedzieć, że rzadko wypowiadamy się negatywnie, bo staramy się nie wypowiadać źle o różnych osobach kopiujących nas. Czasami jednak życie samo weryfikuje.

Jeżeli wiadoma osoba jeden do jednego próbuje zrobić mecz i mówi, że jako jedyny odtwarza kadrę Nawałki, gdzie my zrobiliśmy to przecież w zeszłym roku… Lub jednym z wielu elementów Galacticos Show był występ Skolima, a potem dostawaliśmy telefony, że dwa czy trzy różne mecze też chciały go kontraktować. Wychodzi na to, że jest jedynym artystą w Polsce. Takie przypadki nie zdarzają się w życiu.

Jarosław Kwella: No i niestety mentalność ludzi jest też taka, że zawsze wszystko wrzuca się do jednego worka. Dla takiej statystycznej osoby mecz legend to mecz legend. Któryś z kolei. I tak rynek się nasyca.

Mirosław Barszowski: To wszystko motywuje nas też do tworzenia nowych rzeczy. Powstaje nowy projekt, który będzie ukazywał zaplecze eventów i ich tworzenie. Na pewno obnaży wiele twarzy.

Jarosław Kwella: Chcemy stworzyć serial telewizyjny pokazujący prawdziwą cenę tworzenia takich wydarzeń, jak to wygląda od środka. Nie tylko ten sukces, który kibic widzi na końcu na stadionie, tylko właśnie te wszystkie przygotowania. Te osiem-dziesięć miesięcy pracy, negocjacje…

Odsłonimy też pewnie wiele niewygodnych dla niektórych wątków. Pokażemy, jak pewne firmy czy instytucje potrafią się zachowywać, niektóre nieczyste zagrania. Zależy nam również na pokazaniu emocji, które temu wszystkiemu towarzyszą. To też taki drogowskaz dla ludzi, którzy w przyszłości będą chcieli takie rzeczy robić, żeby się trzy razy zastanowili, czy warto.

Na koniec zapytam czy widzicie dla siebie jeszcze przestrzeń w Polsce w najbliższych miesiącach, czy rynek według was jest już na tyle nasycony, że odpuszczacie?

Jarosław Kwella: Jesteśmy na tyle kreatywni, że jeśli coś sobie wymyślimy i będziemy chcieli zrobić w Polsce ponownie, to na pewno zorganizujemy to w taki sposób, że zachowamy oryginalność. Jedynie w takiej formie byśmy to widzieli.

Na dziś uważamy jednak, że rynek w naszym kraju musi odpocząć od tego typu imprez. Jeżeli ktoś robi takie rzeczy, to niech sobie robi, my natomiast mamy inne plany i trzymamy się ich mocno. A czas pokaże – może w przyszłości zaprezentujemy coś, czego jeszcze nie było.

Mirosław Barszowski: Na koniec tylko dodam, że zanim kibice zobaczą jedną chwilę na murawie, my mamy za sobą tysiące chwil, których nikt nigdy nie zobaczy. I właśnie w tej niewidzialnej pracy jest największa satysfakcja tworzenia. A to dopiero początek.

Fot. E-Max Events